Dziś kontynuujemy sponsorowaną przez Obeliksa serię Ale głupi ci…!, którą zainaugurowała Jagoda Smrt. Zmierzamy się tu z pułapkami zastawianymi przez nasze nowe ojczyzny, opowiadamy, co nas straszy, zadziwia, rozczula, co jest totalnie z innego świata, a czego moglibyśmy się uczyć.

A jeśli dziś wtorek, to jesteśmy w Hiszpanii.

Panie emerytki

Moim pierwszym szokiem kulturowym był widok starszych pań w przestrzeni publicznej. I to nie byle jakich starszych pań, a prawdziwych dam niczym z klasycznego Hollywood. Panie emerytki nie zajmują się siedzeniem w domu, gotowaniem zupy i ciułaniem grosików dla wnucząt. Owszem, wiele z nich robi też to, ale przede wszystkim i nie wstydzą się tego, że żyją. Lubią wyjść z domu na spacer, a kiedy nie mogą już chodzić, młoda opiekunka z kraju Trzeciego Świata wyprowadza je w wózku, by mogły popatrzeć na świat, ale przede wszystkim po to, by świat mógł popatrzeć na nie.

 

Wieczorem wszystkie spotykają się na bingo. A kiedy widzą je sąsiedzi i koleżanki, nie mogą wyglądać jak skulone babcie w wyświechtanych jesionkach. Starsze kobiety są przede wszystkim kobietami, w pełnym makijażu, na obcasach, ze złotą biżuterią, zawsze nienagannie uczesane i wyperfumowane.

Jak każda szanująca się Hiszpanka, moja teściowa tradycyjnie na każde spotkanie przychodzi spóźniona. Musiała przecież zakręcić loki i nałożyć maseczkę!

Lotniska

Jest jeden element, który definiuje hiszpański pejzaż. Nie są to drzewa oliwne ani pomarańczowe. Nie są to stada byczków ani iberyjskich świnek beztrosko pasących się wśród pól. Nie są to średniowieczne zamki ani minarety. Nawet setki kilometrów szklarni rozciągających się przez całą Andaluzję nie wyróżniają się tak bardzo jak najważniejsza część hiszpańskiego pejzażu: lotniska. A liczba ich jest 52 (słownie: pięćdziesiąt dwa), jedno na milion mieszkańców (niecały). By każdy z Hiszpanów w błyskawicznym tempie mógł podróżować po caluteńkim świecie, nabudowano tych cudów architektury, inżynierii i techniki więcej niż w dwukrotnie większych Niemczech, które mogą pochwalić się tylko 39 (słownie: trzydziestoma dziewięcioma) portami lotniczymi.

Lotniska, lotniska dookoła!

A po co? A czemu nie! Niech świat widzi, że jesteśmy panami i władcami przestrzeni powietrznej! Czy wszystkie są potrzebne? Trudno powiedzieć, biorąc pod uwagę, że tylko osiem z nich jest dochodowych, dwadzieścia nie przynosi ogromnych strat, oddalone są od siebie średnio o 130 kilometrów, a lotnisko w Castellón (które wcale nie leży w Castellón, tylko w Villanueva de Alcolea, ale kto by zwracał uwagę na takie szczególiki) stało puste przez cztery i pół roku zanim wylądował na nim pierwszy samolot.

Człowiek wylądował bowiem wcześniej na Marsie niż w Castellón.

No i stoją te lotniska niczym pomniki ku chwale hiszpańskiej rozrzutności i mnożą się na potęgę. Następne w planach to Benalmádena i Jimena de la Frontera, odpowiedniki polskiej Ostrołęki i Radomska. A co! Stać nas!

Witaj, korupcjo!

Odpowiedź na to, po co nam tyle lotnisk, jest prosta jak drut. Lotniska nie są po to, by obsługiwać turystów, zwłaszcza wtedy, gdy wiele z nich stoi pustych. To jeden z najlepszych sposobów na wydanie państwowych pieniędzy w pozornie legalny sposób, opłacając przy tym każdego krewnego i znajomego królika. Wykupimy ziemię od kuzyna, opłacimy stryjka-architekta i siostrzeńca-inżyniera. Lud wprawdzie protestuje, ale jakby od niechcenia, bo Bogiem a prawdą każdy po cichu liczy, że i jemu coś skapnie.

Nie dziwota, że im mniejsza miejscowość, tym większe prawdopodobieństwo występowania korupcji. Kombinuje więc każdy jak się da, z prawa czy z lewa, na większą lub mniejszą skalę. Kombinuje wójt i król, frankista i komunista.

Przez ostatnie czterdzieści lat Hiszpanią wstrząsnęło więc już 180 afer korupcyjnych, a ta liczba rośnie z minuty na minutę. Wystarczy obejrzeć którykolwiek program informacyjny: zdarza się, że doniesienia o nowych aferach to jedyne wiadomości dnia (czasem przeplatają się z informacjami o ofiarach przemocy domowej, ale o tym innym razem). Od finansowania partii politycznych, poprzez przetargi na wywóz śmieci, aż po słynną na cały świat historię królewskiego zięcia, który założył fikcyjną fundację i zarobił dzięki niej bardzo dużo pieniędzy. Nikt nie wie do końca, ile tych pieniędzy było, gdzie one są i czy to na pewno było nielegalne, bo nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Pojęcie konfliktu interesów to abstrakcja, można więc być jednocześnie ministrem i biznesmenem.

Ale moją osobistą idolką jest pani Consuelo Císcar, która ni stąd, ni zowąd została dyrektorką jednego z najbardziej prestiżowych muzeów sztuki w kraju i za grube miliony kupiła do jego kolekcji prace, które w ogóle nie istniały, oraz zorganizowała wystawę swojemu fryzjerowi. Kiedy dorosnę, chcę być jak Consuelo.

Hiszpańskie budownictwo

Bułka wspominała już niedawno o problemach hiszpańskiego ogrzewania bądź jego braku. Choć każdy napotkany Hiszpan zawsze na wiadomość, że właśnie spotkał Polkę, reaguje obowiązkowym „Polska to zimny kraj”, prawda jest taka, że nigdy w życiu nie zmarzłam tak bardzo jak tutaj. Problem w tym, że hiszpańskie mieszkania nie mają prawa się nagrzać. Po kilku latach zrozumiałam starą regułę: jeśli jest ci zimno, wejdź pod koc. Dzięki kreatywności tutejszych architektów i cechom charakterystycznym hiszpańskiego budownictwa, jest to jedyny sposób na przeżycie zimy. Ściany są cieniutkie i papierowe, a okna pozwalają na znakomitą wentylację, bo często nie domykają się do końca.

Jeśli nasze mieszkanie wyposażone jest oczywiście w taki wynalazek jak okna. Kreatywność architektów nie ogranicza się bowiem jedynie do tworzenia swoistego mikroklimatu.

Hiszpańskim wynalazkiem są też tak zwane pisos interiores, mieszkania wewnętrzne, znane również jako „po co ci światło, kiedy możesz być kretem”.

Okna wprawdzie miewają, ale nigdy na ulicę ani tak zwany świat zewnętrzny: czasem na klatkę schodową, czasem na wąziutki prześwit, przez który można wytrzepać okruszki z obrusa, innym razem oferują nam okno w okno sąsiada.

Brak światła rekompensują sobie za to metrażem. Hiszpanie potrzebują przestrzeni życiowej, więc kawalerki praktycznie tu nie istnieją. Trudno też znaleźć amatora mieszkań 70-metrowych, w Polsce uważanych za te średniej wielkości. Małe mieszkania zaczynają się od 100 metrów, ale ze świecą szukać w nich logicznego zagospodarowania przestrzeni. Wiele z nich może pochwalić się dwiema malutkimi jadalniami, toaletą na balkonie (autentyk! widziałam!), ale jednocześnie czterema sypialniami. Wszystko to zamieszkałe przez dwoje ludzi. Jedna sypialnia służy im do prasowania, druga to skład rzeczy nieużywanych, trzecia stoi pusta, ot tak, na wszelki wypadek. Czy potrzebują tylu metrów? Ależ oczywiście! Jak by się w mniejszej przestrzeni pomieścili?

Widzimy się

Nos vemos, występujące również w naturze jako tenemos que vernos („musimy się zobaczyć”) lub nos llamamos („zdzwonimy się”) to najlepszy dowód na to, że nikt tak jak hiszpański naród nie ma zamiłowania do utartych wyrażeń, które nie oznaczają absolutnie nic.

Widzimy się służy do kończenia każdego spotkania, każdej rozmowy telefonicznej. Widzimy się to magiczne zdanie-wytrych, którym kończymy rozmowę o tym, że dobrze byłoby się wreszcie zobaczyć. Kiedy? W bliżej nieokreślonej przyszłości. Może jutro, może za tydzień, może za rok. Gdzie? Zdzwonimy się, to się zdecyduje.

Bo Hiszpan nie lubi robić planów. Zobowiązania go stresują, trzeba dotrzymywać terminów i o zbyt wielu szczegółach pamiętać. Hiszpan woli pozwolić, by los zadecydował za niego. Zdrowy rozsądek nakazuje więc ciągnąć go za język i zmusić do podania konkretnej daty i miejsca spotkania. Polecam również uzbroić się w cierpliwość, jeśli jednak do niego nie dojdzie, bo przecież nie potwierdziliśmy.

Życie przy stole

 

„Wy przecież nic nie robicie oprócz siedzenia przy stole!”, usłyszałam od mamy podczas jej ostatniej wizyty. Już miałam ją skarcić za umiłowanie do wyolbrzymiania, ale zdałam sobie sprawę, że właściwie ma rację. Każde ważne wydarzenie w życiu Hiszpana sprowadza się do jedzenia i picia przy rodzinnym stole. Urodziny, wakacje, wieczory kawalerskie czy śluby to okazja do jedzenia i picia, a muzyka i tańce to jedynie nieobowiązkowy dodatek. Hiszpan bawi się bowiem przede wszystkim na siedząco i zawsze przy tym pomlaskuje.

Ale siedzenie przy stole to nie żart, to swoisty rytuał, a wszystkie elementy mają swoją obowiązkową kolejność.

Zaczynamy więc od późnego śniadania, któremu towarzyszy jeden lub dwa kieliszki wina, nawet jeśli akcja toczy się w poniedziałek i musimy wrócić do pracy. Winem zaprawimy też obiad, który przeciągnie się w nieskończoność i niepostrzeżenie przemieni w sobremesę. Sobremesa (w wolnym tłumaczeniu przystołowość) to taka ziemia niczyja, ani to obiad, ani kolacja. Zaczynamy ją od deseru i kawy, kontynuujemy winem deserowym i ginem z tonikiem, aż znienacka zapadnie noc i pora siadać do kolacji. A nim kolacja dobiegnie końca, okazuje się, że wstało już słońce i czas na śniadanie.

I tak oto życie kołem się toczy, niczym podwieczorek u Szalonego Kapelusznika.

Kawa

Kiedy o siedzeniu przy stole mowa, jego obowiązkowym elementem jest kawa. Kawa kończy każdy posiłek i bez niej żaden szanujący się Hiszpan nie wstanie od stołu.

Ale kawa to rytuał! W przeciwieństwie do Polski, nie służy wyłącznie do wybudzenia nas ze snu. Celebrować trzeba kolejność podawania i przeróżne rodzaje zależnie od pory dnia.

Café con leche, czyli kawa z mlekiem serwowana jest wyłącznie przed południem, po śniadaniu. Zawsze po, nigdy przed, nigdy w trakcie. Wyłącznie rano serwowany jest też bombón, czyli kawa ze słodzonym mlekiem skondensowanym, pieruńsko słodka. Możemy skusić się też na poranne carajillo, czyli kawę wzmacnianą rumem lub brandy. Tak na dobry początek dnia. Szanujący się Hiszpan kawę wypije też zawsze po obiedzie i po kolacji, ale wtedy ograniczyć trzeba się do café solo (znanej w reszcie cywilizowanego świata jako espresso), cortado (café solo z kilkoma kroplami mleka) lub café del tiempo (z lodem i plasterkiem cytryny). Ewentualnie carajillo, bo alkohol wolno przecież pić przez cały dzień.

Instytucja sklepikarza

Jeśli jest jedna rzecz, której moglibyśmy się od Hiszpanów uczyć, to jest to miłość do sklepikarzy, a przede wszystkim miłość sklepikarzy do ich klientów.

Pan sprzedawca jest wdzięczny za każdego stałego klienta i tę miłość bez skrępowania okazuje.

Pepín, pan ze stoiska rybnego, nie tylko pamięta każdego klienta na targu, ale wie doskonale, co komu doradzić. Wie, że najbardziej lubię głowy i że zbieram kości, żeby zrobić z nich kolczyki. Manoli, pani od owoców, zna każdego klienta z imienia, ale woli zwracać się do nich per cariño, czyli „kochanie”. „Dzień dobry, kochanie”, „Jak się masz, kochanie”, „Tego ci nie dam, kochanie, bo niedobre, wróć jutro”. Po takiej wizycie każdy klient czuje się tak ukochany, że wystarczy mu tej miłości na cały tydzień. Jak się niedawno dowiedziałam, cariño to określenie typowe dla Walencji, ale domyślam się, że sklepikarze z innych regionów nazywają swoich klientów tesoro („skarbie”) czy innym pieszczotliwym określeniem.

I tyle na dziś utyskiwania na Hiszpanię i rozczulania się nad nią. W następnym odcinku Alexa Leika zaprasza was do Włoszech..

Related Post