W dzisiejszym odcinku sponsorowanej przez Obeliksa serii odwiedzimy wspaniały Półwysep Apeniński, aby lepiej przyjrzeć się zwyczajom jego mieszkańców i zmierzyć się z pułapkami zastawianymi przez tę nową ojczyznę.

Patriotyzm lokalny

Zdaję sobie sprawę ze świętokradztwa, jakie popełniam samym tytułem tego wpisu. Przecież nie ma czegoś takiego jak “Włosi”. Każdy szanujący się mieszkaniec Półwyspu Apenińskiego zapytany o pochodzenie odpowie, że jest przede wszystkim mieszkańcem konkretnego regionu, po czym raźno przystąpi do tłumaczenia, czym jego miasteczko, ewentualnie gmina, odróżnia się od okolicznych miasteczek i wsi.

Może sobie pomyślicie, że jeśli już gadać od jakichś cechach szczególnych danego województwa, to, tak na zdrowy rozum, najprędzej o tych językowych. Dialektów i regionalizmów na Półwyspie Apenińskim jest mnóstwo i są fascynujące.

To jest myślenie przyjezdnego. Natomiast dla rodowitego Włocha cechy szczególne, czyli podwaliny lokalnego patriotyzmu, są przede wszystkim gastronomiczne.

Nie wierzycie? Oto autentyczna wypowiedź znajomej Włoszki: “Jestem z Kalabrii, ale z takiej małej wsi w górach, która wyróżnia się tym, że do wszystkiego dodajemy anyżku. Uwielbiam anyżek! Od razu myślę o cudownych latach młodości. Jesteśmy zupełnie inni niż reszta Kalabryjczyków, oni wszystko jedzą z pikantnymi papryczkami.”

Co za tym idzie, naiwnemu turyście łatwo popełnić jedzeniowo-tożsamościowe faux-pas. Tak więc, o ile nie chcecie spowodować wielogodzinnego wywodu o sięgających Antyku lokalnych tradycjach i sposobach wyrobu, nie domagajcie się “autentycznych sycylijskich” cannoli w Syrakuzie. Każdy przecież wie, że Syrkauza słynie z najwspanialszych na świecie pomidorków Pachino i tylko na nie można mieć ochotę podczas wizyty w tym pięknym mieście. A żeby w spokoju zjeść cannoli musicie po prostu pojechać do Palermo.

via GIPHY

Totalitaryzm kulinarny

Gastronomiczna wrażliwość Włochów nie ma sobie równych. Oprócz ryzyka spowodowania kryzysu tożsamości u rozmówcy, łatwo tu kogoś swoją ignorancją po prostu obrazić. Pociecha tkwi w tym,  że nawet urażony do żywego Włoch raczej nie da tego po sobie poznać, bo wiązałoby się to ze “zrobieniem brutta figura” (o której będzie za chwilę).

Zamiast więc usiłować nauczyć się (bo przecież nie zrozumieć) wszystkich obowiązujących lokalnie reguł żywieniowych, wesoły przyjezdny zrobi lepiej, jeśli nauczy się tylko jednej, ale za to złotej, zasady. Brzmi ona: non si fa, czyli “tego się nie robi”.

Choćbyście nie wiem jak uwielbiali smak sandacza w gorgonzoli, tego się po prostu nie robi. Jesteś muzułmaninem i nie jesz krwistego steku? To lepiej zjedz ravioli, bo nie ma nic świętszego od Chianiny, której żaden Włoch Ci dobrze nie wysmaży. Przyjezdni koneserzy może i smakują w maczaniu chlebka w oliwie i occie balsamicznym, ale we Włoszech oliwie takich rzeczy się nie robi. Chcesz dowiedzieć się, skąd wzięły się te zasady? Nie pytaj. Non si fa.

W obliczu tych wszystkich reguł łatwo domyślić się, że kelner to jedna z najbardziej wpływowych instytucji społeczno-kulturowych we Włoszech. Sala restauracyjna to małe imperium podlegające władzy absolutnej maitre d’. Przekraczając progi restauracji pamiętajcie, że dobrowolnie zrzekacie się wszelkich praw i preferencji. A najlepiej by było, gdybyście mogli zrzec się także alergii.

Mamma absolutna

Autorytet kelnera nie jest jednak nieskończony. Co więcej, dzierży on jedynie marną podróbę władzy, jaką posiada najwyższa instancja we włoskim społeczeństwie. Jest nią rzecz jasna włoska matka, czyli mamma.

Włoska matka to nie to samo co taka zwykła, polska.

To nie to samo, co Matka Polka. To nie hiszpańska matriarchini. La mamma to centrum włoskiego uniwersum.To siła sprawcza, wokół której obraca się cały wszechświat rodziny z przyległościami. Jej woli podlegają nie tylko dzieci, starcy, mężczyźni i bezdzietne kobiety, lecz także zwierzęta, lasy i doliny, góry i przestworza.

Wyrok mammy to więcej niż wyrok boski. Bo – w przeciwieństwie do bogów i bogiń – mamma nie tyranizuje. Wyroki mammy są o wiele subtelniejsze, a decyzje zapadają bez Twojego udziału, choć masz wrażenie, że podejmujesz je samodzielnie.

Szczodrość i gościnność włoskiej mammy, podobnie jak jej mądrość, są nieskończone. I to właśnie te trzy cechy główne stanowią archetyp wszystkich innych włoskich instytucji, od restauracji począwszy, na urzędach maści wszelakiej skończywszy.

Figura brzydka, figura ładna

Może się tak zdarzyć, że mamma, kelner albo urzędnik będą wiedzieć lepiej niż Ty, co jest słuszne i właściwe. Może się tak zdarzyć, że pójdziesz coś załatwić, ale nie załatwisz. Najważniejsze to nie sprzeciwiać się woli tych instytucji, bo one po prostu wiedzą lepiej.

Uprzejmość i uległość, zwłaszcza u kobiet, to wyznaczniki tak zwanej bella figura.

Jeśli sprawiacie dobre wrażenie, jesteście z pozoru mili, grzeczni i uprzejmi, to wszystko (prędzej czy później) będzie się dało załatwić. Natomiast jak ognia należy się wystrzegać brutta figura, czyli złego wrażenia (albo jeszcze gorszej figura di merda). To natychmiastowa śmierć na salonach urzędu pocztowego, warzywniaka i osiedlowej trattorii. Podnieś głos, okaż zniecierpliwienie, zostań przyłapany lub przyłapana na kłamstwie lub wywyższaniu się, i brutta figura gotowa!

Mit o elegancji i wyrafinowaniu Włochów pokutuje trochę bez uzasadnienia, jeśli chodzi o kwestie mody czy stylu życia. Niewielu Włochów rzeczywiście chodzi w świetnie skrojonych garniturach i spędza wakacje na prywatnych plażach w siedmiogwiazdkowych kurortach. Ale za to sprawdza się w stu procentach w kwestiach tak zwanego savoir-vivru, który od lat 50. (XIX wieku) pozostaje mniej więcej taki sam, szczególnie w odniesieniu do kobiet.


Related Post