…czyli o tym, jak przestałam być prymitywem i pokochałam wino

Nigdy specjalnie nie interesowałam się winem. Żeby nie było nieporozumień, jak każda szanująca się Polka lubię pić. Lubię wino, zawsze lubiłam, ale nigdy nie miałam ochoty się na nim znać. Krajobraz moich rodzinnych stron to przecież bardziej krowy pasące się na polach malowanych zbożem rozmaitem niż drzewa oliwne i winnice (nawet jeśli, technicznie, na Mokotowie żadne krowy się nigdy nie pasły). Wino było białe albo czerwone i było z winogron, choć w osiedlowym sklepie bywało też z wiśni czy z truskawek. Tanie wino było dobre, bo było dobre i tanie. Na specjalne okazje było kadarką i miało etykietkę w róże. Słodkie jak cholera. Poważne wino onieśmielało mnie, a winny żargon przerażał.

Ale nadchodzi moment w życiu każdego dziecka, kiedy czas dorosnąć i porzucić tanie wina naszej młodości.

Dla mnie ten moment nadszedł nieubłaganie, kiedy wyjechałam do krainy winem płynącej, do krainy, w której wino jest symbolem tysiącletniej cywilizacji, a wiedza o nim – myślałam – wyznacznikiem kultury i statusu społecznego.

kraina winem płynąca

kraina winem płynąca

Marianno, mamy problem. Jak żyć? Wino jest najbardziej onieśmielającym produktem w historii, zwłaszcza dla nas, ludzi z krajów nie-winnych. Przez długi czas wierzyłam, że muszę należeć do tajnego, elitarnego klubu, by móc cokolwiek o nim powiedzieć. Nigdy nie czułam się zawstydzona, kupując piwo, wódkę, chleb, mięso czy butelkę soku. Wino? To zupełnie inna historia. Za każdym razem, kiedy próbowałam wybrać odpowiednią butelkę, panikowałam w obawie, że obnażę się jako nieobyty barbarzyńca.

Grecy nazywali barbaroi wszystkich cudzoziemców, Rzymianie – te ludy, które nie były ani greckiego, ani rzymskiego pochodzenia. Z czasem barbarzyńca zaczął oznaczać prymitywnego, nieokrzesanego, nieucywilizowanego. Obcego. Stereotypowy obraz dzikiego przeciwstawiono Rzymianom, ucieleśnieniu kultury i cywilizacji. Cywilizacji, której jedną z głównych cech była uprawa winorośli. Wino było nie tylko składnikiem diety, ale i tożsamości w ogóle.

Picie piwa i brak kultury wina piętnował barbarzyńcę nawet bardziej niż jego język.

I tu trafiłam ja, nieobyty dzikus, w panice próbując odróżnić albillo od albariño. Konia z rzędem temu, kto nauczy mnie rozpoznawać aromat suszonych fiołków i nuty piłeczek kauczukowych (bo takie podobno istnieją). Aż w końcu odkryłam jedną, najważniejszą zasadę. Z winem jest dokładnie tak, jak z seksem. Pij je. Naucz się, co lubisz, a co nie jest dla ciebie. I, przede wszystkim, pozbądź się wstydu. Dziś, po latach winnej miłości, wiem, że nie muszę wszystkiego wiedzieć, ale wino – odkrywanie go, degustowanie go, rozmawianie o nim, cieszenie się nim – stało się naturalną częścią mojego życia. I tak oto, niepostrzeżenie, jakby wbrew sobie, przestałam być barbarzyńcą.

 

Related Post