Eeeee migracja…

Nie lubię mysleć o sobie jak o emigrantce, bo to słowo brzmi dla mnie zbyt negatywnie. Emigracja to za chlebem, za pracą, za lepszym życiem.

Ja wyjechałam mając osiemnaście lat, do miasta, które wybrałam, bo ładnie wyglądalo na pocztówce, na kierunek studiów, który ostał się po selekcji negatywnej dostępnych fakultetów w tymże mieście i z absolutnym przekonaniem o tymczasowości mojego wyboru.

Dlatego do niedawna myślalam o sobie bardziej jak o kimś, kto wyjechal i jeszcze nie wrócił, w przeciwieństwie do kogoś, kto po prostu wyjechał. Taka subtelna różnica. Po dwunastu latach z hakiem jednak już czas się przyzwyczaić do myśli o tym, że mój dom teraz jest na obczyźnie i jednak jakieś korzenie już zapuściłam.

Niestety, emigrant nawet jak osiada już w jednym miejscu, nie przestaje być “nie stąd”. To chyba dopiero się wyrównuje w następnym pokoleniu, które już chłonie ten kraj od pierwszego oddechu. Choć nie wiem, czy dzieci emigrantów rzeczywiście mają lepiej. Nie zdziwiłabym się, jeśli by się okazało, że są postrzegane podobnie jak dzieci wyzwoleńców w starożytnym Rzymie, które choć urodzone już z wolnych rodziców, niosły piętno rodzinnej hańby niewolnictwa jeszcze przez parę pokoleń.

Przedpiekło

Jestem więc w takim przedpiekle (cudne słowo), dla Hiszpanów jeszcze Polka, dla Polaków już Hiszpanka, ewentualnie Hiszpanka, bo jednak moje nazwisko jest wciąż mało środziemnomorskie. Generalnie nazwisko to mój najsłabszy punkt tutaj i chętnie bym je zmieniła, ale jednak rodowe wyrzuty sumienia nie pozwalają.

Dumnie nosił je mój dziad i pradziad, a ja tutaj usterkuję, bo zamiast trwać trzydzieści sekund, moja telefoniczna rezerwacja na cokolwiek i gdziekolwiek wydłuża się niemiłosiernie, gdy przeliterowuję niecierpliwie moje nazwisko i przy okazji odpowiadam na pytania o klimat, jedzenie, kulturę i papieża, do których zadania czuje się zobligowana praktycznie każda nudząca się telefonistka.

Teraz często przywłaszczam sobie nazwisko obecnego partnera tubylca albo mówię wprost, że prościej będzie mnie zlokalizować w bazie danych przez datę urodzenia niż przez nazwisko.

Do tego dochodzi jeszcze moje blade lico, w niczym nie przypominające oliwkowej barwy autochtonów, więc zanim nawet otworzę usta, wszyscy już wiedzą, że nie jestem stąd. Zabłąkani przechodnie pytaja mnie z taką jakby nieśmiałością o ulicę, czasem nawet spinając szczękę bardziej niż zazwyczaj, aby wyartykułować prośbę wyraźniej bo, biedaczka, pewnie nie zrozumie.

Inna sprawa, że ja generalnie uważam pytanie o drogę za dość ryzykowne, bo z autopsji wychodzi mi, że 70% rad otrzymanych w takich sytuacjach wodzi na manowce albo po prostu w krzaki. Najlepszym przykładem jest Toledo, miasto gdzie nie istnieje prosto i w prawo, bo ulice wiją się jak pijany wąż.

Dodaj do tego współczynnik cudzoziemca pomnożony przez nieodróżnianie prawej od lewej i łatwiej ci będzie wygrać w totolotka niż znaleźć drogę do domu na podstawie wskazówek spotkanych przechodniów.

Maria od Filara

Ale najgorzej jak biorą cię za kretyna tylko dlatego, że nie nazywasz sie Maria od Filara (hiszpańskie imiona to temat na oddzielny wpis). Na egzaminie z kultury hiszpańskiej, który od niedawna jest obowiązkowy przy występowaniu o obywatelstwo, pytają, ile mililitrów zawiera trzy czwarte litra mleka i jak się nazywa wieczorny serwis wiadomości w telewizji.

Jesli nie wiesz, nie trwóż się, emigrancie, bo w cenie egzaminu dostaniesz książeczkę, która zawiera wszystkie pytania, jakie mogą paść na egzaminie i poprawne odpowiedzi do nich.

Zdawalność osiąga próg 95% podchodzących, co skłania mnie do myślenia, że pozostałe pięć procent pewnie zemdlało, nim zdążyło wypełnić zaznaczone pola. I nie, wcale nie sądzę, że ustanowiono ten egzamin po to, aby zainkasować jeszcze jedną opłatę administracyjną…


Euphorbia Pulcherrima: Wyjechała do Krainy Wiecznego Słońca za młodu i teraz nie sposób jej sprowadzić na dobrą drogę. Wygląda na to, że coś niesie ją wiecznie, motorycznie i przed. Mówią, że to wściekła malinożerczyni, poszukiwana we wszystkich stanach świadomości. Podobno jest też królową alternatywnej dyplomacji, ale jej to nie rusza. Racjonalna do bólu, chociaż czasem spontanicznie usiądzie na miejscu matki z dzieckiem w autobusie. Nałogowo spogląda obcym ludziom na zegarki, bo sama nie nosi. Ma kwiatki doniczkowe i widok na sąsiada. Gdzie nie spojrzeć, bardziej jej nie ma niż jest. Motto: Musisz być twardy jak słoik musztardy.

 

Related Post