Nie chodzę do kina, bo jestem zajęta histerią. Jednak w tym roku byłam już raz, a to dlatego, że histeria osiągała najwyższe obroty i pewna dobra dusza w moim życiu powiedziała, że może się przejdę i coś porobimy. No i padło na kino, a w Hiszpanii w kinach leci sporo gówna i w dodatku z niepowtarzalnym hiszpańskim dubbingiem, więc jak tylko zobaczyliśmy, że film islandzki, i to jeszcze w wersji z napisami, rzuciliśmy się nań bez wahania. Fúsi.

Mnie trochę dobił już sam tytuł. O ile w oryginale, Fúsi, Virgin Mountain, nic jeszcze nie można wyczuć, o tyle hiszpańskie tłumaczenie, Corazón gigante, olbrzymie serce, już daje mi do zrozumienia, że bohater jest biedny, że będzie cierpiał, że ja będę mu współczuć i że zidentyfikuję się z nim i sama, w momencie absolutnej katastrofy uczuciowej mego życia prywatnego, poczuję się jak wielka buła, zgniła i porzucona. Dobra dusza też trochę się stropiła i zapytała czy na pewno na to idziemy. Poszliśmy.

Fusi, człowiek

Fúsi, człowiek.

Dość szybko jednak na filmie przestałam myśleć o sobie i skupiłam się na moim byłym byłym z okresu uniwersyteckiego, który był frikiem. Gamerem. Który chadzał do Klubu Hannibal, obskurnego mieszkania wynajmowanego do spóły przez 30tu fanów RPGów, gdzie się grało w gry. Który kłócił się, kiedy czołgi podjeżdżały zbyt blisko. Który palił zioło i żarł chrupki, niekoniecznie w tej kolejności. Fúsi, główny bohater jest perfekcyjnym odzwierciedleniem jego i jego kolegów. Fúsi ma już ponad trzydziestkę, ma pracę, ale żyje z mamą, która niby traktuje go ok, rozmawia z nim pomiędzy swymi zajęciami i facetami, ale jak przyjdzie co do czego, to pokazuje freudowski pazur. Po co się wyprowadzać, skoro tam wygodnie? Fúsi pije mleko, je płatki, chodzi do pracy, wieczorami gra w piwnicy u swojego kolegi. Kolega co prawda żonaty, ale i ten typ poznałam w Klubie Hannibal – to tacy panowie, którzy biorą ślub, bo tak wypada, zajmują się przykładnie rodziną od-do, ale pojęcie wolnego czasu jest dla nich równoważne ze spędzaniem go bez rodziny, zawsze i bezwzględnie w towarzystwie graczyWięc dzieci, które wpadają do piwnicy kolegi, żeby zobaczyć fantastyczną rekreację frontu afrykańskiego podczas drugiej wojny światowej, są niestety pałętającymi się bachorami. Patrzyłam więc na to, rozpoznawałam stałe elementy, i się śmiałam. Chyba niewiele osób śmiało się na tym filmie.

Fusi, góra. Foto za Huangdan2060 - Praca własna, CC BY 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=27871492

Fúsi, góra. Foto za Huangdan2060 – Praca własna, CC BY 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=27871492

A Fúsi to rzeczywiście dziewicza góra (zresztą szybki risercz wykazał, że istotnie Fúsi jest też nazwą góry w Chinach; przemyślność scenarzysty mnie ujęła). Fúsi sunie, trochę jak Buka, jest zakompleksiony i nieśmiały, i choć domyślamy się (bo empatyzujemy z nim od pierwszego momentu), że cierpi, gnębiony przez kolegów z pracy, jego ekspresja jest nieudolna. Fúsi jest zawstydzony tym, że w ogóle ma coś okazywać, więc wszystkie emocje są toporne i, powiedzmy to wprost, umowne, bo widzimy przede wszystkim nieporadność. Ta nieporadność sprawia, że natychmiast stoimy po stronie Fúsiego i zaczynają w nas kiełkować różne matczyne uczucia.

No ale przecież nie o to chodzi. Chodzi o to, że Fúsi musi w końcu się ogarnąć. Zapewne jest to pomysł nowego gacha matki, który chyżo rżnie ją po kątach i ma dosyć dorosłego faceta, który też ma klucz do domu. Na dobry początek wysyła go na kurs tańca. No i oczywiście jest to ten punkt zwrotny, co nie do końca widać w ekspresji głównego bohatera, bo jego twarz w ogóle rzadko zmienia wyraz. Otóż poznaje tam kobietę. Ładną, zadbaną, uśmiechniętą. I z konkretnymi problemami psychicznymi, jak okaże się później. Fúsi więc się stara. Podwozi, przychodzi, czeka wiernie jak pies, kiedy panna dostaje ataku szału i go wyrzuca. W końcu włamuje się też do jej domu, by zastać ją schowaną w szafie czy innej garderobie, w najcięższej z życiowych depresji. Podchodzi do tego metodycznie (zapewne też uczuciowo, ale tego nie widzimy, bo on nie wyraża), przychodzi codziennie, uczy się gotować zajebiste jedzenie, które stawia pod drzwiami szafy. Jego życie ma sens i nawet zaczyna czuć się pewnie w interakcji z ludźmi.

Oczywiście widza interesuje fakt, czy wybranka serca Fúsiego poleci na piękne wnętrze, na dobroć i spokój, i pominie gabaryty swojego adoratora. Czekamy na to w pewnym napięciu, o ile można mówić o napięciu w filmie islandzkim, są tam zwroty serca bohaterki, jest cierpienie Fúsiego… Nie powiem, czy jest seks i czy jest happy end, to musicie sprawdzić sami. Natomiast sama postać Fúsiego jest fascynująca. Przede wszystkim dlatego, że, oddaje po mistrzowsku charakter fana RPGów. Po drugie, jest to postać ambiwalentna. Czujemy do niego sympatię, ale z drugiej strony chętnie byśmy go pyrgnęli, żeby się trochę ogarnął. Choć wiele w życiu robi, mamy wrażenie, że jest nieruchomy jak góra. I łatwo też o matczyną troskę, klasyczne uczucie względem tak nieporadnej istoty. No i jest to historia śmieszna, ale też i straszna.

Klimatu dodaje islandzki pejzaż, czyli szarość i śnieżyca. Nie wiem, czy muzyka jest Sigur Rosa, ale mogłaby w zasadzie być. Ma się wrażenie, że w ciemności i na wietrze życie Fúsiego nie może przebiegać inaczej. Co innego, gdyby wyjechał do Egiptu…

 

Related Post