Niezmiernie rozbawił mnie fakt, skrupulatnie odnotowany na fejsuniu znajomego filozofa (zapewne dywersanta… Bo lewicujący i ekolog. Choć z drugiej strony, ani z niego pedał, ani cyklista). Okazuje się mianowicie, że dwiema najbardziej czytanymi w zeszłym roku książkami w Europie były Uległość Houellebecqa i katalog Ikei. Nie wiem, czy to złośliwa i naturalnie fałszywa propaganda lewicujących i niepolskich środowisk, czy rzeczywiście Houellebecq zawitał, jako ten katalog, jak niegdyś te książki telefoniczne, niby konstytucja (Naszości!), pod europejskie strzechy. Jeśli to prawda, to chciałabym wiedzieć, co tam kto zrozumiał, bo ja nie wiem, czy zrozumiałam. No ale co tam wyczytałam to moje, a efekt tego taki, że poczułam klimat! I teraz, poza pluciem nienawiścią do Houellebecqa (za to, że przebiegły fiut z niego), to jeszcze teraz pluję z nim jadem na imigrantów, na faszystów, na islamistów, na Europę, na mężczyzn świeckich i duchownych. Wszystkim po równo! Ogarnia mnie niewyobrażalny wstręt do wszechświata. Bo Houellebecq, choć skurwiel, pisze jednak dobrze, a jego upodobanie do taplania się w rynsztokach umysłu europejskiego przyprawia o mdłości. I po nim to już tylko się chlastać, albo ruszać na wojnę, na podbój. Czegokolwiek. A że jest cholernie sugestywny, to ciężko powiedzieć mu Halo, panie Houellebecq, pieprzysz pan. No ale próbuję to jemu i sobie mówić, bo jak tu inaczej żyć?

Zanim jednak przejdę do meritum, wyznam, że zasiadam do recenzji z trzepoczącym sercem, a oto czemu:

W dniu, w którym książka trafiła do francuskich księgarni, miały miejsce zamachy na Charlie Hebdo. Kiedy wysłałam hiszpańskojęzyczną wersję recenzji, terroryści masakrowali niewinnych ludzi w Bataclan. Zdaje się, że za każdym razem, kiedy nazwisko Houellebecqa  ma zagościć w sieci, gdzieś jakiś samotny dżihadysta zradykalizowany w Afganistanie albo w Syrii dokonuje zamachu na Wartości Europejskie.

Zupełnie nie rozumiem, czemu. Houellebecq jest takim małym, przewrotnym skurwielem i nigdy nie pisze o tym, o czym mówi się, że pisze. On zawsze pisze o tym samym! Swoje książki okrasza sutą dawką zgnilizny moralnej, gnuśności i lubieżności brzydko starzejących się panów, których – wyobrażam sobie, muszę to sobie wyobrażać, inaczej uznam go za geniusza psychologii na miarę Dostojewskiego – sam zresztą pewnie reprezentuje. Więc im głośniej krzyczano, że islamizacja, że Kalifat Europejski, tym bardziej ja oczekiwałam tego Oblecha, co nadejść musi, i relatywizmu, i końca świata, i srogiej krytyki Europy, cywilizacji śmierci. I nie zawiodłam się. Houellebecq jest rzetelny.

Autor: Mariusz Kubik, http://www.mariuszkubik.pl

musi być Oblechem (fot. Mariusz Kubik, www.mariuszkubik.pl)

Oblech i rewolucja

Oblech w tej książce nazywa się François, a jakże, i jest profesorem literatury. Na Sor-bo-nie! Znaczy to oczywiście, że lans, choć w sumie średni, i kręcenie ze studentkami, których znowu nie ma tak za wiele i nie jest to ekscytujące. François głównie się nudzi i gubi w rozważaniach. Coś tam pisze, ale jakoś bez weny. I uważa za prostackie wyznawanie wartości, opowiadanie się, angażowanie. Kobieta, studentka jakaś była, ale się zmyła, nie traktował jej przesadnie dobrze, właściwie w ogóle niezbyt ją traktował. Podobnie jak poprzednią. Żyje, choć w sumie to mógłby się zabić, i ciężko mu znaleźć jakieś argumenty za lub przeciw.

I to on właśnie wprowadza nas w nową rzeczywistość francuską, w której społeczeństwo wybiera między młotem umiarkowanego islamizmu a kowadłem Frontu Narodowego. Ponieważ wszyscy właściciele katalogu Ikei już to wiedzą, i było to szeroko komentowane, nie zafunduję wam straszliwego spoilera, jeśli napiszę, że islamizm wygrywa.

Ale jak! Piękne to zwycięstwo: muzułmański lider Ben Abbes (ciekawe, czy to hołd dla Abbasa?) prowadzi szerokie negocjacje, lawiruje i szuka złotego konsensusu, szczodrze dzieląc się teczkami z koalicją. I jest tylko jeden punkt, który nie podlega negocjacjom, jedyne ministerstwo, które ma zarezerwowane dla swojej partii i którego za nic nie odda: Ministerstwo Edukacji. Pomysł to zajebisty, bo teczka ta pozwala mu wprowadzić szybką reformę edukacyjną, która zmienia oblicze Francji, prywatyzuje co nieco (to najważniejsze co nieco), wprowadza na wydziały kapitał zagraniczny (domyślacie się, skąd?) i uniwersytety zaczynają rozkwitać pod skrzydełkami dobrej zmiany i nowych władz. Oczywiście mają też miejsce inne zmiany obyczajowe, i gorszą one czytelnika niezmiernie, ale to edukacja stoi w centrum zainteresowania autora.

Wątek polityczny to jedno, ale nas interesuje bardziej, co zrobi Oblech. Zaoferowano mu najlepsze warunki. Może robić co chce, nie ma żadnego przymusu. Wcześniejsza emerytura albo dalsza praca. Bajeczne uposażenie finansowe, niezależnie od tego, co wybierze. Oczywiście, aby móc dalej pracować, musi spełnić kryteria narzucone przez nowe, prywatne władze uniwersytetu. Prawda, że pomysł nowej partii rządzącej jest szczytem wyrachowania politycznego?

Więc Oblech se myśli, gada se ze znajomymi, buntuje się, choć w sumie właściwie nie wie, przeciw czemu… Przygląda się radykałom, przedstawionym w tej książce jako jedyni, którzy rozumieją, o co toczy się gra (a gra toczy się, oczywiście, o rząd dusz! O idee! Houellebecq uważa, że radykałowie jako jedyni pamiętają jeszcze, że ideologia jest ważniejsza, niż ekonomia; że ideologia i rewolucyjne uniesienie są niezbędne do budowy Imperium). Przygląda się przeciwnikom bardziej cywilizowanym, ale skrępowanym gierkami politycznymi, słucha także muzułmanów, tych zaprawionych już w wierze i tych świeżo nawróconych, rozmyśla nad tym, kim jest (a jest, nie zapominajmy, Oblechem), przeżywa wzloty i upadki… Po czym dokonuje Wyboru, a Wybór ten jest prawdopodobnie jedynym prawdziwie świadomym aktem w jego życiu. I dokonuje go z bardzo konkretnych pobudek, wcale nie ekonomicznych. Dokonuje go z przekonania!

Trzy wymiary uległości

Czego tak naprawdę dotyczy Uległość? Myślę, że Houellebecq mówi o niej w trzech wymiarach. Uległość to oczywiście pojęcie wzięte prosto z islamu i chodzi o ukorzenie się przed Allahem. Tu spoko, Houllebecq przygląda się temu bez jakiegoś strasznego dramatu, jako prawdziwy reakcjonista jest to pewnie w stanie zrozumieć. Z drugiej strony, Houllebecq pokazuje, jak Europea ulega nowemu porządkowi świata. Ale prawdziwą przegraną nie jest dla niego triumf polityczny islamistów, ale brak jakichkolwiek wartości we współczesnym społeczeństwie, co sprawia, że nie mamy jak, nie mamy czym dać odpór islamskim ideałom. W opinii Houllebecqa, którą podziela prawdopodobnie wielu zwolenników mniej lub bardziej prawicowych rozwiązań, współczesna Europa się skończyła, nie ma nic do zaoferowania, dogorywa jak otępiałe dobrobytem myszy w eksperymencie Calhouna.

I to mnie właśnie niezmiernie wkurwia. Długo by mówić o tym, dlaczego, ale w wielkim skrócie dlatego, że Houellebecq przejawia pewnego rodzaju egoistyczną pychę, która objawia się w tym, że gdy widzi, że jego recepta na świat się kończy, to wszystko się kończy, zwijamy się i apokalipsa. Śmierć cywilizacji.

Myślę, że jest to przesłanka jak najbardziej do podważenia.

Ale jeszcze bardziej obleśny jest trzeci wymiar uległości. W sumie to François widzi pewną wspólnotę przekonań z islamem. Uległość kobiet wobec mężczyzn jest tym trzecim, najmniej może poruszanym w innych recenzjach wymiarem uległości, bo jest dla czytelnika mniej spektakularny i po prostu mniej zauważalny niż pozostałe dwa. Jest niestety na porządku dziennym. Dla mnie jest on jednak jak najbardziej potworny, bo pokazuje, że różnice ideałów, ideologiczne wojenki i podjazdy zasadzają się na tej samej idei dominacji, i że w gruncie rzeczy łatwy jest przeskok z jednej opcji światopoglądowej do drugiej, o ile schemat jest podobny. Uległość kobiet wobec mężczyzn to także bardzo ważny wątek w tej książce. Houellebecq jest inteligentny (choć jest obleśny)! Spoilerów robić nie będę, ale zachęcam czytelników do zwrócenia uwagi również na tę kwestię.

Bóg jest wielki, miły czytelniku, droga czytelniczko. Jest jeden i zwalcza innych bogów. I jest mężczyzną.

 

Related Post