Blood Bitch, znakomitej płycie Jenny Hval wspominałyśmy już w naszym Subiektywnym Przeglądzie Kultury. Ale warto opowiedzieć więcej, bo Hval wydała nie tylko jeden z najlepszych albumów zeszłego roku, ale być może jeden z najbardziej kobiecych krążków ostatnich lat.

Damie nie przystoi

Kiedy dwa lata temu Rupi Kaur opublikowała na Instagramie autoportret z serii Period, przedstawiający śpiącą dziewczynę z plamami krwi na piżamie i prześcieradle, jej zdjęcie zostało natychmiast przypadkowo usunięte jako niezgodne ze standardami społeczności. Skromna fotografia ubranej od stóp do głów kobiety z widocznymi oznakami tego, że właśnie dostała okres okazała się zbyt wulgarna, by pokazać ją publicznie. Mogła urazić uczucia innych użytkowników.

rupi kaur

Rupi Kaur, „Period”. Źródło: Instagram

Nie rozmawiamy o naszych okresach tak często jak powinnyśmy – ani między sobą, ani tym bardziej z mężczyznami, z którymi dzielimy życie. Większość z nas regularnie miesiączkuje, ale prawdziwej damie nie przystoi o tym opowiadać. Chowamy tampony w drodze do toalety, szeptem prosimy koleżanki o podpaski, wykluczamy mężczyzn z jakichkolwiek rozmów o kobiecych sprawach.

Niesmak, jaki wywołuje menstruacja jest tak rozpowszechniony, że może być nawet przyczyną rozwodu, co podobno miało miejsce w przypadku XIX-wiecznego krytyka sztuki Johna Ruskina. Jak głosi legenda, tak obrzydziła go intymna krew świeżo poślubionej Effie Gray, że poskutkowała unieważnieniem małżeństwa po nieskonsumowanej nocy poślubnej.

Nawet dziś w większości społeczeństw miesiączka nadal jest tematem tabu. Zastępujemy niewygodne słowo okres eufemizmami, a krew – błękitną cieczą niewiadomego pochodzenia, byle nie urazić delikatnych męskich uszu i oczu. W eseju If Men Could Menstruate Gloria Steinem mówi jasno: gdyby to mężczyźni krwawili co miesiąc, uznaliby to doświadczenie za powód do dumy. Jest to niby zwyczajny proces fizjologiczny, ale jego znaczenie jest nierozerwalnie związane z płcią. A ponieważ jest to doświadczenie wyłącznie kobiece, interpretowane jest jako coś nieczystego. Dlatego w większości religii krwawiącą kobietę obowiązuje zakaz wstępu do światyni, przyrządzania jedzenia i dotykania mężczyzn. Dlatego też w wielu krajach miesiączkujące dziewczynki pozbawione są dostępu do edukacji, tracąc w ten sposób szanse na emancypację.  Dlatego wreszcie Instagram uważa za gorszące obrazy krwi miesięcznej, ale nie takie, które przedstawiają obrażenia sportowców lub krwawe steki.

Na swojej szóstej płycie Blood Bitch Jenny Hval odczarowuje mentruację, obala tabu z nią związane. Miesiączka nie jest brudna ani wstydliwa. Jest narzędziem, które norweskiej artystce służy do opowiadania o miłości, sztuce, kapitalizmie i równouprawnieniu. Blood Bitch to esej o kobiecym ciele i kobiecej władzy. To opowieść o najczystszej ze wszystkich postaci krwi.

Bo jest to jedyna krew, która nie jest wynikiem aktu przemocy ani choroby, nie jest zapowiedzeniem śmierci, a wręcz przeciwnie – daje moc twórczą. Bo tak jak krew w opowieściach o wampirach, ta miesięczna jest nieodłącznie związana z tworzeniem nowego życia.

Brzmi pięknie, prawda? Dlaczego więc, kiedy opowiedziałam o tej płycie koledze, bądź co bądź artyście i samozwańczemu feminiście, jego twarz skrzywiła się z obrzydzenia?

O krwi i sztuce słów kilka

Kiedy wieki temu Piero Manzoni wpakował własne odchody do puszek, kiedy kilka lat później Andy Warhol oddał mocz na swoje obrazy, początkowy szok szybko ustąpił miejsca zrozumieniu i podziwowi. Ale choć Andres Serrano, Damien Hirst czy Chris Ofili używali w swoich dziełach własnych bądź cudzych płynów ustrojowych, artystki stosujące krew miesięczną lub opowiadające o niej nadal uważane są za skandalistki, mimo że robią to już od dziesięcioleci.

Już od lat 70. sztuka porusza temat krwi miesięcznej, starając się obalić tabu związane z kobiecym ciałem. Zbiegając się w czasie z ruchem wyzwolenia kobiet, prace takie jak Red Flag (grafika, na której kobieca dłoń wyjmuje zużyty tampon) czy Menstruation Bathroom (instalacja przedstawiająca zawartość kobiecej toalety) autorstwa matriarchini feministycznej sztuki, Judy Chicago, ustanowiły precedens dla traktowania tematyki kobiecej jako po prostu tematyki ludzkiej, zacierając granice między tym, co publiczne i prywatne. A to wszystko w czasie, kiedy okres owiany był taką tajemnicą, że wielu widzów nie rozumiało, co mieli przed oczami.

Vanessa Tiegs nadała swojemu cyklowi obrazów malowanych krwią miesięczną tytuł Menstrala i nazwa ta szybko przyjęła się jako określenie sztuki menstrualnej. Od Judy Chicago i Carolee Schneemann, po Kiki Smith, Tracey Emin czy Zanele Muholi, artystki malują własną krew (i własną krwią), by wymazać wstyd nieodłącznie związany z kobiecą seksualnością i wstręt, jaki wzbudza w społeczeństwie sama myśl o tym, jak działa nasze ciało. Już samo słowo pochwa owiane jest przecież takim tabu, że wypowiadające go usta automatycznie układają się w grymas obrzydzenia. sromie, czyli najbrzydszym słowie w języku polskim, nie wspominając.

Kobieca siła według Jenny Hval

Blood Bitch norweskiej artystki Jenny Hval, której twórczość lawiruje gdzieś pomiędzy muzyką a performancem to album, do którego nie sposób podejść inaczej niż tak, jak podchodzimy do dzieła sztuki w muzeum: z otwartymi oczami i uszami i z gotowością na to, by znaleźć piękno tam, gdzie najmniej się tego spodziewamy. A Hval odkrywa to piękno w lepkiej, czerwonej mazi wydobywającej się z intymnego otworu naszego ciała.

Nie udawajmy, że krwawienie to tylko solidarnosć jajników, wycie do księżyca i wicie wianków wokół ogniska. Okres jest przecież w pierwszej kolejności źródłem przytłaczającego, fizycznego bólu. W piosence In The Red pada więc tylko jedno zdanie: It hurts everywhere. Ale miesiączka jest też piękna, jest trochę śmieszna, a trochę straszna, zwłaszcza kiedy jej nie ma, a my niecierpliwie na nią czekamy. A kiedy wreszcie się pojawia, wprawia nas jednocześnie w radość i smutek, bo symbolizuje życie, które mogło być, ale jednak go nie będzie, nie tym razem.

Last night I took my birth control with rosé
(…)
Oh my god! Shit!
Thank God!
Keep that birth, under control!

Krew jest też przede wszystkim dowodem na kobiecą siłę, na kontrolę nad naszym własnym ciałem, nad naszym życiem i nad światem, który nas otacza. W Untamed Region, Hval porównuje się do psa, który oznacza swoje terytorium, plamiąc wszystko dookoła, bo owulacja daje jej moc tworzenia sobie ziemi poddaną.

The next time I wake up there’s blood on the bed
Didn’t know it was time yet
Or is it not mine?

Intymna krew jest wreszcie dowodem na to, że stanowimy jedność ze wszechświatem, jak w Period Piece, gdzie wizyta w sterylnym gabinecie ginekologicznym to dla Hval okazja do bardzo osobistej, metafizycznej, pozazmysłowej podróży.

In the doctor’s office my speculum pulls me open
Spacing the space
Accidental sci-fi
Regulating my aperture, vagin savant
Some people find it painful
But all I feel is connected
All I feel is connected

Hval sytuuje się w magicznej krainie awangardowego popu. Choć krążek zaczyna się mrocznym basem, nawiązującym subtelnie do norweskiego black metalowego dziedzictwa, płynnie przechodzi w coraz bardziej abstrakcyjne brzmienie. Płyta pełna jest osobliwych, zaskakujących momentów, zręcznie miesza gatunki, ale jednocześnie zachowuje mistrzowską spójność. Utwory przenikają jeden w drugi tak płynnie jak krew płynąca w żyłach. Jenny Hval nagrała jeden z najpiękniejszych albumów zeszłego roku, album doskonały pod każdym względem. Udowadnia, że nie musimy pogodzić się z tym, by miesiączkowanie czyniło nas nieczystymi lub obrzydliwymi. Jeśli co miesiąc krwawię przez kilka dni i nie umieram, jeśli co miesiąc moja macica zrzuca skórę i odnawia się, nie mam powodu do wstydu.

Don’t be afraid
It’s only blood

Blood Bitch posłuchać możecie tu.


 

Related Post