… czyli niech mnie pan proszę nie dotyka

Kilka lat temu napisałam mejla do specjalisty w dużej międzynarodowej fundacji, której działania od dawna podziwiałam. Zaznaczyłam, że zależy mi przede wszystkim na poszerzeniu mojej sieci kontaktów i nawiązaniu bliższej lub dalszej współpracy. Do mejla dołączyłam CV, bo nigdy nic przecież nic nie wiadomo. Ku mojemu zdziwieniu, pan specjalista, nazwijmy go Fernando, odpowiedział natychmiast i zaproponował spotkanie. Nie u niego w biurze, a w pobliskiej kawiarni. Nie w godzinach pracy, a wczesnym wieczorem.

Te detale nie zapaliły u mnie czerwonej lampki ostrzegawczej, uznałam je jedynie za małe kurioza i dowód na luźną atmosferę panującą w firmie moich marzeń. W kawiarni zapaliła mi się jednak nie tylko lampka, ale zawyła też ostrzegawcza syrena. Fernando siadał coraz bliżej mnie. Fernando komplementował mój wygląd. Choć ja starałam się ściągnąć rozmowę na tory zawodowe, on bardziej niż o swojej pracy i naszych ścieżkach kariery wolał rozmawiać o moim życiu osobistym. Gdy wreszcie dopiłam trzecią kawę i nie dałam się namówić na kieliszek wina, nalegał, by odprowadzić mnie aż pod drzwi mojego domu.

Wtedy uderzyło mnie: wcale nie byłam na spotkaniu biznesowym. Mimo woli właśnie byłam na randce.

Poczułam się winna. Czytałam przecież Księgę Rodzaju i wiem, że genezą wszelkiego ludzkiego błędu jest kobieta. Czy mogłam go czymś sprowokować do potraktowania naszego spotkania jako cokolwiek innego niż networking? Prześwietliłam mój strój, dekolt, uczesanie i makijaż, bo to powszechne, by oceniać kobietę po tym, w jaki sposób się prezentuje. Prześwieliłam naszą korespondencję, ale nie znalazłam w niej najlżejszej nawet sugestii flirtu. Prześwietliłam moje zdjęcie profilowe w LinkedIn. Prześwietliłam nasze powitanie, uścisk ręki i mój uśmiech, ale absolutnie nic w moim zachowaniu nie sugerowało, by moje intencje były nie tylko zawodowe.

Przez lata mówiono nam, byśmy walczyły o nasze miejsce przy stole i zbiły wreszcie szklany sufit. Mówiono, byśmy łapały każdą okazję, tak jak robią to mężczyźni. Niestety, granica między przestrzenią zawodową a przestrzenią prywatną nadal nie jest w naszym wypadku jasna.

Idea spotkań biznesowych może wydawać się niewinna, ale dla wielu z nas publiczne sam na sam przy kawie, winie czy kolacji, czy to z szefem, z mentorem, czy nawet z kolegą z pracy może być mylnie zinterpretowane jako poszukiwanie czegoś więcej. Choć nie żyjemy w epoce przyzwoitek, kiedy widzimy mieszaną parę w restauracji, automatycznie myślimy randka. Częstotliwość niechcianych prób podrywu powoduje, że wiele z nas unika jakichkolwiek spotkań towarzyskich po godzinach.

O, niewinności!

Innym razem w pułapkę niespodziewanej randki wpadłam na wernisażu. Taka niewinna sytuacja. Ja, ubrana niczym cnotliwa pensjonarka, asystuję na wystawie sztuki. On, młody zarządca funduszy hedgingowych, nazwijmy go Steve, kupuje obraz. Rozmowa toczy się sama. O sztuce. O winie. O inwestycjach. O funduszach hedgingowych (o których, Bogiem a prawdą, nie miałam zielonego pojęcia, ale robiłam dobrą minę do złej gry). Aż do chwili, kiedy galerię zamknięto i znaleźliśmy się na ulicy, a Steve zaproponował, żebyśmy kontynuowali naszą rozmowę w innym miejscu. Zgodziłam się, poinformowawszy go żartobliwie, ale jasno i wyraźnie, że zależy mi wyłącznie na kontaktach zawodowych.

A może tylko mi się mylnie wydawało, że poinformowałam go o tym jasno i wyraźnie, bo jakież było moje zdziwienie, gdy taksówka, w której rozmowa zaczęła staczać na coraz bardziej osobiste tematy, zawiozła nas do klubu ze striptizem. Czy Steve uważa, że jesteśmy na randce? Czy próbuje mnie właśnie poderwać na gołe baby? Czy w ten sposób uwodzi się dziś kobiety? Czy znalazłam się w równoległej rzeczywistości? Przez kilka chwil zapomniałam języka w gębie, po czym rezolutnie uciekłam tylnymi drzwiami. I po raz kolejny poczułam się winna. Winna, że zostawiłam go samego jak palec wśród półnagich kobiet. Winna, że to ja namąciłam mu w głowie moimi niejasnymi intencjami. Winna, że z własnej winy wpadłam w niebezpieczeństwo i to, co dziś jest zabawną anegdotką, mogło zakończyć się źle.

„Bo ty zawsze…”

W głębokim szoku i niezdolna do racjonalnej oceny sytuacji, zwróciłam się o radę do jedynej logicznej opcji: płci męskiej. Koledzy natychmiast utwierdzili mnie w przekonaniu, że to wszystko zdecydowanie moja wina i że co ja sobie w ogóle myślałam. Po co właściwie spotykam się z mężczyznami, jeśli nie jestem nimi zainteresowana?

„Bo ty zawsze wysyłasz mylne sygnały i za bardzo się wdzięczysz. Bo ty zawsze kokietujesz, a potem się dziwisz. Bo ty zawsze się uśmiechasz do wszystkich dookoła.”

Nigdy nie widzimy naszych własnych wad, póki ktoś nie wyłoży nam kawy na ławę, ale te oskarżenia zbiły mnie z pantałyku. Mam przecież socjopatię, którą w dzieciństwie moja mama błędnie zdiagnozowała jako autyzm, jako że za mało się uśmiechałam i generalnie nie garnęłam się do rozmawiania z ludźmi. Jak to więc możliwe, że ci Bogu ducha winni mężczyźni są tak omamieni moim czarem osobistym, że co i rusz zapominają, że nie jesteśmy przecież na randce? Czy to moja wina, że im się pomyliło i pomyśleli, że umizgi w tej sytuacji są społecznie akceptowalne?

Ale wtedy zrozumiałam: jestem grzeczna. Jestem uprzejma. Mam sarkastyczne poczucie humoru, które często jest mylone z zalotnym przekomarzaniem się. Kobieca życzliwość jest przecież nadal interpretowana jako jasny sygnał godowy.

I tylko jeden sygnał jest wystarczająco jasny, by dać do zrozumienia, że nie jestem zainteresowana. Obrączka na palcu. Znak, że jestem własnością innego samca. To przecież jedyny powód, by nie chcieć wdawać się w amory z nieznajomymi.

Widmo randki krąży po świecie

Kiedy starasz się nawiązywać zawodowe kontakty, granice między pracą i zabawą rozmywają się. Tak jak wtedy, kiedy poszłam na spotkanie zawodowe, a facet próbował pocałować mnie, kiedy wsiadałam do taksówki.

I tak oto nauczyłam się lawirowania w niebezpiecznym labiryncie świata męsko-damskiego, w którym randka-niespodzianka czai się na każdym rogu. Spotkanie biznesowe? Randka. Rozmowa o pracę? Randka. Wywiad w lokalnej gazecie? Randka. Wizyta w studiu u artysty? Randka. Konferencja? Targi? Kobiety uczestniczą w nich tylko po to, by znaleźć męża.

Mam dość męskich przywidzeń. Mam dość zastanawiania się, czy w danej sytuacji nadal jestem partnerem zawodowym, czy już potencjalnym partnerem lóżkowym. Jeśli spotkaliśmy się przez LinkedIn, a nie przez Tindera, polecam trzymać ręce przy sobie. Według jakiej logiki scenariusz „spotkanie zawodowe” kończy się w łóżku? Chyba tylko w tanim porno.

Related Post