Jajnik jest osobistą historią bułczanego szaleństwa. To fenomen widoczny dla bliskich i nieznajomych, tylko głupio ten temat poruszać, bo i co można powiedzieć. Coś pikło… Dyskretna i osobista rozpierducha świata.  I teraz „nic – tylko płacz i żal i mrok i niewiadomość i zatrata!”. Międzykontynentalna Llorona, co straciła coś bardzo drogiego, ale w sumie nie wie do końca, co, włócząca się po kątach i szukająca miejsca zaczepienia. Taka sytuacja.

Każdy zmiana miejsca zamieszkania jest szokiem kulturowym, nawet jeśli jedziesz z Pcimia do Radomia. A im dalej w las, tym gorzej. Radosny świat niepodpartych niczym, lecz przecież bardzo silnych przekonań, utrwalanych przez najbliższe otoczenie, szybko obraca się w gruzy. Na początku fascynacja, radość z różnic kulturowych, pochłanianie nowych obyczajów. Ale te nie obejmują tylko rozrywki i pory jedzenia, zakradają się w pościel, sprawdzając, czy odpowiednio zaścielasz prześcieradło, regulują tembr głosu, bo zbyt cichy przekaz to żaden przekaz, uczą na nowo gestykulacji. Uczą śnić w obcych językach, wstawiać rodzajniki w zdania, żeby melodia się zgadzała: Do dziś pamiętam, kiedy przy którejś wizycie nie mogłam pozbyć się rodzajnika una. Jak kaliszfornijka.

Chyba napiję się un piwo” – dramat ekspata.

A potem już rzuca się na wszystko. Najpierw przestrzeń osobista czuje się pogwałcona, potem przyzwyczaja się, potem już nie wie, nie umie rozróżnić tego, co po prostu inne od tego, co wrogie. Nie wie się już, czy ten dotyk czy zbliżenie było zachowaniem wytłumaczalnym kulturowo, czy już jednak chamstwem. Nie do końca wiadomo, na co komu pozwolić. Pewne poglądy wydają się mniej ekstremalne niż zazwyczaj i w sumie już do końca nie wie się, czy się czegoś chce, czy się nie chce, a najlepiej to już się w ogóle nad tym nie zastanawiać. Jednak z czasem wypracowuje się pewną sferę intymną, pewne minima, w ramach których można funkcjonować: tego nie rób. To rób. Na to nie pozwalaj. Jakoś to idzie i można całkiem nieźle funkcjonować, a niektórym bliższym znajomym nawet o tym opowiadać! Nie licząc koniecznie na jakieś zrozumienie.

I trzeba sobie nad tym popracować, trzeba ujarzmić te nowości, i to jest bardzo męczące psychicznie. A potem wraca się do Polski, zapomniawszy już trochę o ojczyźnianych sedymentacjach i nawykach, i  szwęda się smętnie po ulicach, i gubi się we własnym mieście. Jak Alexa. Ale gubi się też w wędrówkach po najbliższych sercach, po umysłach i ideach. W sumie to kiedyś się je podzielało. I powinny być bliskie. Ale nie są, właściwie nie wiadomo czemu, bo tylko ten nędzny, w pewnej męce wypracowany psychiczny ogródek jest jedynym argumentem przeciw Tradycji. Jednej i drugiej. Tej już nie swojej i tej jeszcze nie swojej. Nie wiem, czy jest powrót i dokąd miałabym powracać.

I chyba właśnie na tym polega emigracja. Ni tu, ni tam. Gdzieś pomiędzy, czasem dobrze, a czasem źle. Nie w kompletnej samotności, bo przecież i tu, i tam są bliscy. Na szczęście. A poza tym, poza tym są jeszcze ci przyjaciele, którzy też są pomiędzy. Tu na jajniku też.

Related Post