Nie wiem jak to powiedzieć po polsku, ale często jestem tongue-tied. Brakuje mi słów, często z powodu ponad dziesięcioletniej przerwy w obcowaniu z żywym językiem, choć częściej  ze zwykłego niedouczenia. Walę błąd za błędem w mowie i w piśmie, co mogą potwierdzić jajnikowe redaktorki. Całe szczęście, że są, inaczej zupełnie nie dałoby się czytać tych moich tekstów.

Często żałuję, że nie mogą towarzyszyć mi IRL podczas mojej reemigracyjnej przygody, a już szczególnie w sytuacjach erotycznych. Okazuje się bowiem, że tak samo jak nie umiem pisać i mówić, po polsku nie umiem też uprawiać seksu.

Seks po polsku

Przyzwyczajona do tego, że dobry seks zaczyna się od dobrej rozmowy, szybciutko znalazłam się w sytuacji totalnego paraliżu werbalnego. Prędzej przecież sczezłyby mi struny głosowe niż przeszłoby mi przez gardło “daj mi klapsa”. Jak poprosić lub wyrazić zgodę na spanking, orgasm denial, fingering, czy pegging? Nie silę się nawet na przetłumaczenie tych dosyć podstawowych pojęć, bo czuję, że prędzej uschłyby mi palce, niż mogłabym użyć słowa “wypalcować” na poważnie.

Zmartwiona moim językowym ograniczeniem, poszłam gadać o tym ze znajomymi. Zaczęliśmy od najbardziej podstawowej rzeczy, o jaką prosi każda chyba kobieta: zrobienie minety.

To wybuchowe połączenie miny z rakietą nie oddaje wysublimowanego uroku czynności, jaką opisuje.

Nie chcę prosić o minetę, bo boję się o swoje zdrowie. Jak zatem o nią prosić? Ktoś zasugerował, że eufemistyczne “zrób mi dobrze” zwykle wystarcza w połączeniu z odpowiednią gestykulacją. Ktoś inny, że przejmuje język zarezerwowany dla męskiej anatomii i prosi o zrobienie loda.

Komunikacja niewerbalna

Wychodzi na to, że uprawianie seksu po polsku opiera się przede wszystkim na komunikacji niewerbalnej. Rzeczywiście, jeśli nie mamy odpowiednich lub odpowiednio spopularyzowanych słów, opisujących nawet ten najbardziej podstawowy akt seksualny, to nie pozostaje nam nic innego jak złapać partnera lub partnerkę za rękę lub głowę i wepchnąć ją sobie między nogi. Takie zachowanie, choć doceniam jego względną atrakcyjność w pewnych sytuacjach, nie gwarantuje, że dalszy ciąg będzie w jakimkolwiek stopniu satysfakcjonujący.

Idea, że seks to magiczny rytuał, którego niuanse instynktownie wyczujemy bez potrzeby rozmowy, autorefleksji czy intensywnego guglowania, jest śmieszna, ale nie jest żartem.

Założenie, że nasz partner lub partnerka podskórnie wyczują, co i jak lubimy, a czego już nie, jest absurdalne. Czy Polacy naprawdę mają tak dużo wolnego czasu na seks, że mogą sobie pozwolić na uprawianie go metodą prób i błędów? Werbalne niedorozwinięcie języka polskiego w obszarze aktywności seksualnej, nie wspominając już o świadomości przeciętnego Seby czy Mariolki, nie prowadzi ku obopólnej satysfakcji, bo nie ma jak. Seks po polsku zasadza się na tak ogromnym marginesie błędu, że trudno nazywać go marginesem.

via GIPHY

Intymne słowotwórstwo

Te z nas, które czasu mają mało, lub—tak jak ja—lubią o seksie gadać niemal tak bardzo jak lubią go uprawiać, starają się jednak komunikować ze swoimi partnerami i partnerkami przed, podczas i po seksie. Nasz leksykon jest jednak bardzo niedoskonały. Srom, pochwa, mineta — standardowe słownictwo dotyczące żeńskich organów intymnych jest dosyć obrzydliwe.

Co więcej, w porównaniu z językiem angielskim, słownictwo dotyczące czynności seksualnych jest, bez względu na płeć, bardzo słabo rozwinięte. Jednak jego część opisująca męską seksualność, dzięki androcentrycznej naturze kanonu i popkultury, przedostała się do mainstreamu i mniej razi uszy. W rezultacie posługujemy się słownictwem zastępczym, i prędzej poprosimy o zrobienie loda niż minety.

To nie przypadek, że męska część społeczeństwa posiada nieco bogatszy zestaw narzędzi do komunikowania swoich potrzeb i pragnień fizycznych niż kobiety.

Bogatsze słownictwo opisujące męską przyjemność seksualną jest symptomatyczne dla polskiego kato-patriarchatu, a w połączeniu ze stosunkowo słabo rozwiniętym słownictwem opisującym żeńską przyjemność seksualną, wskazuje na postrzeganie kobiecego orgazmu jako mniej ważnego niż męskiego. Zjawisko to pokazuje nam, że nie będąc w stanie komunikować swoich potrzeb jasno i precyzyjnie, bez uprzedzeń, kobiety są systemowo, już na poziomie języka, umieszczane w pozycji niższości względem mężczyzn.

Jak pisze Caitlin Moran: “when you can’t even name a system, you can’t have a conversation about it”.

Ale mniejsza o równouprawnienie; jeśli chcemy uprawiać lepszy seks, to musimy przede wszystkim nauczyć się o nim rozmawiać. W tym celu potrzebujemy słów, które dopiero trzeba stworzyć.

Nie wiem jak wy, ale ja od dzisiaj nie będę prosić ani o loda, ani o minetę. Od dziś zapraszam do robienia eleganckiej, fascynującej i pełnej niespodzianek minetty. Mała zmiana, a cieszy.


Z podziękowaniem dla Jagody Smrt, Olaszki i Pietji Bezcelowa.


 

Related Post