Gdybym zaczynała dzisiaj, zrobiłabym wszystko inaczej. Przeżyłabym moje życie seksualne jeszcze raz, bez wstydu, bez skruchy, z otwartymi oczami i zapalonym światłem, bez zmarnowanych nocy i nikomu niepotrzebnych doświadczeń. Lubię myśleć, że gdybym wiedziała to, co dziś wiem o seksie, być może dużo wcześniej zaczęłabym czerpać z niego radość i złapała orgazm za rogi.

Chciałabym się nauczyć przyjemności

Ten nieuchwytny orgazm, do którego – jak przez wiele lat autentycznie wierzyłam – jestem fizycznie niezdolna. Kiedy trzeci z rzędu partner, po – wydawało mi się udanym – stosunku, spojrzał na mnie, pokiwał głową i powiedział „nie martw się, jeszcze się nauczysz”, zaczęłam się martwić. Przyjemność stała się obowiązkiem. Dla młodej dziewczyny wychowanej w patriarchalnym społeczeństwie, pierwszym naturalnym odruchem było poczucie winy.

Czułam się winna, że moje ciało nie zachowuje się tak jak powinno, że jest źle zrobione, wadliwe, że jako kobieta jestem niekompletna. Wstydziłam się przyznać, że odczuwam ból i dyskomfort, bo to dowodziłoby jedynie mojej własnej ułomności. Byłam wybrykiem natury niezdolnym do odczuwania najbardziej ludzkiej przyjemności. Seks powinien być przecież radością, a ja zaciskałam zęby, powstrzymywałam łzy i udawałam, że znakomicie się bawię i wcale nie czuję się jak zarzynana świnia.

Jak każda szanująca się kobieta, kupiłam mój pierwszy wibrator – ale nie po to, by nacieszyć się nim i samą sobą, lecz by wreszcie nauczyć się prawidłowo się kochać. Tak jakby orgazm był jednoznaczny ze zdaniem egzaminu, odrobieniem zadania domowego, wypełnieniem obowiązku.

Przede wszystkim jednak, odczuwałam zażenowanie, bo nie do końca wiedziałam, co robię i czy robię to dobrze. Wierzyłam – i przez lata nikt nie pofatygował się, by wyprowadzić mnie z błędu – że wyznacznikiem jakości seksu jest wypełnienie zadania. Jednym słowem, miałam być wydajna. Czując, że brak doświadczenia mnie kompromituje, obsesyjnie czytałam, szukałam na prawo i lewo. Jak świnia pociłam się pod kołdrą, próbując zadowolić mojego ówczesnego ukochanego. I mimo, że cel osiągnęłam, poczułam się jeszcze gorzej. Bo nagle zdałam sobie sprawę, że jestem bardziej usłogodawczynią niż partnerem. Ta świadomość była pierwszym krokiem na mojej drodze do orgazmicznego oświecenia.

Trudne słowo NIE

Myślę sobie, że gdybym mogła zacząć od nowa, w idealnym scenariuszu mojego życia nie byłoby miejsca na te bolesne i traumatyczne sceny z życia seksualnego. Problemem nie był ani seks jako taki, ani moi partnerzy, ani moje niedoskonałe ciało. Zrozumiałam, że zbyt często decyduję się na seks z niewłaściwych powodów, że mówię „tak”, choć myślę „nie”.

Niewygoda pod względem fizycznym i emocjonalnym i niepewność, czy w ogóle chcę tu być – tak mogłabym opisać zbyt wiele z moich wczesnych bliskich erotycznych spotkań. Z jednej strony, mieniłam się feministką, opowiadałam o wyzwoleniu i emancypacji. Z drugiej, podświadomie pozwalałam, by to mężczyźni wybierali mnie z tłumu, wyróżniali, obcując ze mną. Oceniałam swoją wartość na postawie mojej przydatności do użycia.

Owszem, umiałam powiedzieć “nie”, gdy nie miałam ochoty na seks, ale rzadko kiedy decydowałam o tym, jak ten seks ma wyglądać.

Robiłam więc to, co czułam, że powinnam, odkładając na bok moją własną satysfakcję. Byłam przecież kobietą wyzwoloną o szerokich horyzontach, a kobieta wyzwolona o szerokich horyzontach nie może sobie pozwolić na łatkę pruderyjnej cnotki-niewydymki.

Partnerka idealna ma być GGG: good, giving, game – dobra, hojna i otwarta. Dobra w łóżku, czyli wszystkiego nauczona. Hojna, czyli z radością zaspokajająca i odgadująca potrzeby partnera. I otwarta – na wszystko, oczywiście w ramach zdrowego rozsądku.

Otwierałam się więc na akrobacje i maratony, byle udowodnić, jak bardzo jestem nowoczesna, jak mało świętoszkowata. Dopiero po latach nauczyłam się mówić się „nie” bez wstydu, bez obawy o posądzenie o pruderię, a wręcz przeciwnie – z poczuciem siły.

Girls On Hbo GIF - Find & Share on GIPHY

Trudne słowo TAK

Bo żeby powiedzieć „nie”, żeby wyartykułować, czego nie chcę, nie lubię, nie dotykam, musiałam najpierw powiedzieć „tak”. Kiedy po raz pierwszy w łóżku zapytano mnie, na co mam ochotę, nie umiałam odpowiedzieć. „Nie no kochanie, rób to, co chcesz, bo to, co robisz, jest bardzo dobre” zabrzmiało tak głupio, że wreszcie się ocknęłam. Nie umiałam poprosić o to, czego pragnę, bo nie wiedziałam, czego tak naprawdę  pragnę. Zrozumiałam, że przede wszystkim poznać muszę samą siebie, swoje potrzeby i to, co mnie jara. Przestać myśleć, czy robię to dobrze, a skoncentrować się na tym, jak się przy tym czuję. Nie gonić za niedoścignionym ideałem. Nigdy nie stanę się perfekcyjną panią sypialni. Ale nauczyłam się przyjemności, gdy zaczęłam rozmawiać, gdy pokochałam moje niedoskonałe ciało i znalazłam partnera, który dostrzegł piękno w moich defektach.

Czerwone światełko zapaliło się, kiedy zrozumiałam, że krępuje mnie niechęć do siebie samej. Peszyłam się przy partnerach, których uważałam za bardziej atrakcyjnych ode mnie. Liczyłam fałdki na brzuchu, wpadałam w dziką rozpacz, gdy cycki nie słuchały mnie i chowały się pod pachą zamiast sterczeć na baczność. Obsesyjnie goliłam się na pas startowy, tak jak nakazywał obyczaj. Od lalek Barbie aż po pornografię głównego nurtu, standardy piękna zostały nam wszczepione od maleńkości i towarzyszą nam aż po grób. Dotyczy to też niestety naszych cipek.

Poświęcamy nieludzką ilość czasu na pielęgnację naszych wagin. Woskujemy, golimy, czasem nawet decydujemy się na chirurgię plastyczną, byle nadać im prawidłowy kształt, byle dopasować się do idealnego obrazu narzuconego nam przez magazyny, zarówno te męskie, jak i kobiece. Nie zapominajmy też o wstydzie menstruacyjnym.

Każdy srom jest piękny, każdy srom jest dobry. Mały czy duży, młodszy czy starszy, porośnięty czy łysy jak zapałka. Odkryłam alternatywną, kobiecą pornografię i poznałam nieznany ląd. Świat, gdzie wbrew powszechnemu mniemaniu, że wszystkie powinnyśmy wyglądać jak Jenna Jameson, wbrew nierealistycznym standardom piękna, kobiety nie wstydzą się swoich defektów. Gdzie wreszcie kobiecy orgazm – to nieuchwytne marzenie, za którym goniłam – nie sprowadza się do wycia z wiecznym uśmiechem na ustach, a wręcz przeciwnie, przyjmuje rozmaite formy. Czasem głośny, czasem cichy. Niekiedy długi, innym razem krótki i ulotny. Może być też w towarzystwie lub samotny. A czasem w ogóle go nie ma i też jest dobrze, też jest przyjemnie. Bo orgazm nie jest moim obowiązkiem ani warunkiem sine qua non udanego seksu.

orgazm

Club Clitoris, Meredith White. Źrodło: Instagram

Wyciągnęłam więc z szuflady ten pierwszy, zapomniany wibrator. Tym razem nie po to, by nauczyć się, jak dogodzić innym. Zapaliłam światło i popatrzyłam na swoje ciało. Na każdą fałdkę, na każdą niedoskonałość. Zapomniałam o tym, jak wyglądam, a skoncentrowałam się na tym, co czuję. I wtedy nadszedł.


Related Post