Być może jest to wpis niepatriotyczny. Oto dziś wielki dzień, Ojczyzny naszej święto, a mi z butów wyłazi straszliwa opcja niepolska. Niemniej jednak chciałabym, abyście właśnie w ten dzień wybrali się z panem Juanem i ze mną w karaibską odyseję w poszukiwaniu tożsamości państwowej. Może nasza polskość też coś na tym zyska.

Pana Juana, moją karaibską Beatrycze, poznałam w Chetumal, dokąd ten szacowny pracownik naukowy przybył, by przekonać nas, że Belize istnieje. Robi to od lat w ramach sutego grantu, jaki rząd tego kraju wpłaca na NICH. I jest w tym cholernie skuteczny.

Przed dziesięciogodzinnym kursem byłam – jak każdy laik – przekonana, że Belize to fantasmagoryczny raj podatkowy, którego obywatelem zostaje się zakładając fikcyjną spółkę, by ukrywać swoje dolary.

Teraz wiem ponadto, że Belize od ogłoszenia swej niepodległości w latach osiemdziesiątych cierpliwie buduje swą tożsamość i jestem pełna podziwu dla tego wysiłku. Zadanie to niełatwe, bo co właściwie decyduje o tym, że jakiś kraj powinien zostać uznany za byt państwowy? Czy poza decyzją administracyjną i mniej więcej wytyczonymi granicami potrzebna jest jeszcze jakaś inna tożsamość? Na czym powinna się ona zasadzać? Na wspólnocie kulturowej? Na języku? Na pochodzeniu etnicznym? Na religii?

Dlaczego Belize istnieje?

il_570xn-184416237

To wszystko starał się nam wyjaśnić pan Juan. Zadanie miał o tyle ułatwione, że Belize istnieje już jako twór administracyjny. Ma co prawda 35 lat, i  nie jest kompletnie uznawane w takim kształcie, w jakim chce być uznawane, ale precedens jest. I choć brzmi to jak sofizmat, to przez to, że już jest, ciężej teraz stwierdzić, że go być nie powinno i że właściwie to nie ma racji bytu. Bo na dobrą sprawę Belize przeczy naszej idei o tym, czym jest państwo.

Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że państwo opiera swą egzystencję na bazie wspólnoty: kulturowej, światopoglądowej, historycznej, językowej, prawnej i ostatnio znów często podkreślanej wspólnocie narodowej. A w Belize z większością tych pojęć krucho.

Z jednej strony, pewna wspólnota historyczna istnieje. Odrębność Belize zaznaczyła się szybko, kiedy angielscy piraci zaczęli dyskretnie – by nie rozjuszyć hiszpańskiego hegemona – podbijać te ziemie. Angielska władza zadomowiła się tam na dobre i dawny Honduras Brytyjski, obecne Belize, jest ciekawym wyjątkiem na mapie regionu, bo anglojęzyczni piraci zrobili swoje i kraj, dziś monarchia konstytucyjna z królową Elżbietą na czele, różni się mentalnością od sąsiedzkich państw postkolonialnych.

Napisałabym, że Belizyjczycy to tacy typowi Angole, którzy jeżdżą do Meksyku po to, żeby się napierdolić i pograć w kasynach/pochodzić do dyskoteki, podobnie jak ich europejscy pobratymcy, ale byłoby to wbrew naukom pana Juana.

Poangielska mniejszość stanowi bowiem zaledwie niewielki procent kraju zamieszkanego przez pierdyliard różnych grup. Są więc resztki Majów, kreole, czyli potomkowie niewolników; garifunowie, czyli kreole wymieszani z lokalsami; mieszkanka Hiszpanów z ludnością majańską, a poza tym jeszcze ludność napływowa, wielu Libańczyków i Chińczyków (Chińczycy przybywają tutaj, by szybko czmychnąć do Stanów – stwierdza smutno pan Juan). Pan Juan chciałby, żeby oni wszyscy poczuli, że tworzą Belize. Rzecz to niełatwa: każda z grup ma swój język, i oczywiście, każda z grup ma całkiem odrębną kulturę. Ciężko więc mówić o tożsamości narodowej, wspólnocie językowej (choć istnieje oczywiście lingua franca, angielski, a szkoły są dwujęzyczne) czy o kulturze belizyjskiej.

Może więc wspólnota administracyjna? Niestety, to również jest skomplikowane. Choć Belize jest niepodległe od 1981 roku, ma swój parlament, konstytucję i kocha królową Elżbietę, to jego granice nie są uznawane przez Gwatemalę. Pan Juan jest niepocieszony. Pan Juan wie, że Gwatemala nie ma racji i ze to wszystko wynik dawnego i absurdalnego sporu o drogę. Jak żyć, kiedy najbliższy sąsiad zasadza się na połowę terytorium twojego państwa? Pan Juan jest przekonany, że mieszkańcy spornych ziem wolą być Belizyjczykami. Kto by nie wolał! Przecież Gwatemala taka uboga! Taka niebezpieczna! (O współczynniku przestępczości w Belize dowiem się później)

Co to znaczy być państwem?

To pytanie krążyło mi po głowie nieustannie w rozmowach z panem Juanem. Głupio było pytać, bo jak to zrobić w sposób dyplomatyczny? Słuchaj, stary, dlaczego właściwie istniejecie? – brzmi tak niepoprawnie… Z drugiej jednak strony, wysiłki pana Juana, jego heroiczna walka w NICH, jego aspiracje do stworzenia wielokulturowego, wielojęzycznego, multietnicznego, wielowyznaniowego, inkluzywnego państwa poprzez cierpliwą i mrówczą pracę odkrywania, opisywania i tłumaczenia dziedzictwa kulturowego, zasługują na najwyższy szacunek. Zmuszają także do refleksji nad naszymi własnymi wyobrażeniami o państwowości. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że państwo jest tworem narodowym: We the people! streszcza nasze poglądy w tej kwestii. Zazwyczaj też, co najmniej od XIX wieku, definiujemy też dokładnie, jacy to people tworzą nasze państwo, a ostatnio z upodobaniem wytykamy, jacy to people go nie tworzą.

Ukryta opcja niemiecka, Polak gorszego sortu, Niepolak, wszystkie te twory konceptualne zasadzają się na tej samej przesłance: mianowicie, że istnieje polskość, płynąca we krwi, wyrażająca się w pewnej kulturze, której nie można ot tak sobie nabyć, spełniająca się w katolicyzmie.

Oczywiście, że przesadzam w tej romantycznej genealogii kultury. Tak samo, jak przesadzają twórcy pojęcia Niepolak!

W tym kontekście, pan Juan i jego wysiłki w tworzeniu państwowości są balsamem na moją duszę. Pan Juan nie szuka tożsamości kulturowej, lingwistycznej, etnicznej. Zauważyłam nawet, że nie jest do końca przekonany o jej ciągłości historycznej. I NIE PRZESZKADZA MU TO. Wydaje mi się, że dla niego belizyjskość jest aktem woli, jest ciągłym wysiłkiem na rzecz utworzenia tej państwowości i kultury. To takie postmodernistyczne! Ale z drugiej strony i piękne. Bardzo chciałabym usłyszeć kiedyś taki dialog:

– Dlaczego uważasz, że jesteś Belizyjczykiem?

– Bo tak postanowiłem.

Oczywiście, nie zamierzam gloryfikować i rozpływać się bez reszty w zachwytach. Tożsamość belizyjska to także wstręt wobec idei bycia kimkolwiek innym. Zwłaszcza sąsiadem. Podejrzewam, że wielu mieszkańców kraju definiuje się jako Belizyjczycy, bo nie chcą być Gwatemalczykami. Nie podejrzewam też, by Belizyjczycy w pełni świadomie realizowali się jako postmodernistyczna rewolucja. Nie twierdzę w końcu, że pełna oddania i miłości praca pana Juana powinna przyćmić poważne problemy przestępczości, z jakimi spotyka się Belize.

Chciałam jedynie zwrócić uwagę, że może czas, by przynależność do państwa, obywatelstwo, powiązać ponownie z ideą posłuszeństwa wobec konstytucji i aktywnego udziału w życiu politycznym i społecznym, niezależnie od tego, skąd się pochodzi, w co się wierzy, co się tańczy, i w jaki sposób chce się społeczeństwo ubogacić.

I taki jest messedż mój i pana Juana na ten piękny dzień.

Related Post