Czy to z lenistwa, czy z żądzy przygód, nie przeczytałam żadnego przewodnika przed wyjazdem do Meksyku. Nie znaczy to, że nie odprawiam właściwych przedpodróżowych rytuałów, poczynając od Reisefieber, a kończąc na wyobrażeniu sobie wszystkich możliwych wariantów tragicznej śmierci i zapobieganiu im zawczasu. Zbierałam dobre rady, szczepiłam się namiętnie, ale książki nie kupiłam, internetem wzgardziłam. Doszłam  do wniosku, że skoro i tak kogoś tam poznam, a pewnie poznam, to niech mnie on pooprowadza i poopowiada.

Wszystkie możliwe warianty tragicznej śmierci (Museo Templo Mayor)

Wszystkie możliwe warianty tragicznej śmierci (Museo Templo Mayor)

Pierwsze porady

Doleciawszy do Meksyku, uzbrojona byłam tylko w następujące porady:

  • „Kup kalosze” – życzliwa Meksykanka przestrzegała przed porą deszczową.
  • „Tam są terroryści!” – Babka wykładnią geopolityczną.
  • Troskliwe: „Nie pij wody z kranu, nie jedz owoców na ulicy, pamiętaj, myj wszystko, uważaj na siebie i pilnuj portfela” – miałam to w planach.
  • Komary! Witamina B1, przepisana mi przez rezolutnego epidemiologa, nakaz picia piwa i obietnica wywiadu w sprawie najlepszego środka owadobójczego.

I to tyle. Zaopatrzona byłam także w instrukcję zamawiania taksówki na lotnisku i to właściwie wystarczało, by rozpocząć życie w metropolii. Na czytanie przewodników będzie jeszcze czas, a może okaże się to niepotrzebne.

A praktyczne wskazówki jakie wysnułam od tego czasu są następujące…

Na dobry początek kwestie najważniejsze: poruszanie się i jedzenie. Całe późniejsze zwiedzańsko jest już kwestią drugorzędną. Lokomocja i jedzenie to survival.

Poruszanie się

To ważne, bo dopóki nie poruszasz się swobodnie, widać jak na dłoni, żeś obcy (w moim przypadku zdradza mnie jeszcze niestety bułczana uroda). Ogarnięcie, ogarnięcie to podstawa.

A więc (nie zaczyna się od a więc), a więc po pierwsze, wiedzcie, że google maps kłamie. Tam, gdzie widniało nieśmiałe 45 minut, po godzinie zdajesz sobie sprawę, że jeszcze dużo przed tobą, a najprawdopodobniej i tak się zgubiłaś. A więc transport publiczny, a transport publiczny jest bardzo zabawną sprawą. Kiedy pierwszego dnia spotkałam się z lokalną znajomą, Marcelina spojrzała na mnie dziwnie i zapytała, czy jechałam już metrem, hi hi, podśmiewywała się. Że co, że niebezpiecznie? Pewnie nie, ale dochodzą pewne czynniki, których europejski umysł nie ogarnie. Jak na przykład godzina szczytu. Jeszcze nie jechałam w godzinie szczytu, ale powiadają, że tłok straszliwy i szpilki nie wciśniesz, i wszyscy jako te sardynki. Jeśli jednak w godzinie szczytu masz to szczęście, że jesteś kobietą, możesz skorzystać z wagonu #womenonly i czuć się jak księżniczka. Aztecka. W godzinach szczytu dochodzi jednak ponoć do aktów gwałtu i bezprawia i każdy orze jak może, i idzie tam, gdzie jeszcze jest pięć milimetrów sześciennych.

A ciemno tam! I mordy straszne na każdej stacji się wyłaniają i wiem już, dlaczego tak wielu meksykańskich autorów ma w sobie pewien prekolumbijski strach i śnią im się co chwila jakieś ofiary całopalne i sztyletowanie (sztyletami z oczami). No, Fuentesowi, Pacheco sie śniło, Elizondo chyba w ogóle przeniósł się w inny, tamtejszy wymiar, nawet nietutejszemu hipsterskiemu Cortazarowi się udzieliło. Więc mi też się udziela.

dav

się wyłaniają

mde

się wyłaniają

Ostatecznie polubiłam jednak metro, bo każda linia, jakby dla kontrastu, oznaczona jest wesołymi obrazkami, na wypadek, gdybyś nie umiała czytać, i one bardzo zabawne są, no bo jak jedziesz w kombinacji pies – pan z wąsem – konik, to od razu robi się lepiej, i nie myślisz o azteckich mordach.

Autobusy, dwóch rodzajów, też dostarczają doznań. Jedne przypominają autokary, drugie przypominają furgonetki. Jeżdżą z otwartymi drzwiami nie bez kozery; jak dorwiesz, jest twój. Względem wysiadania też są zresztą liberalni, w końcu drzwi nie zamykają się nigdy. Może warto ich zawiadomić w momencie skoku, to zwolnią. Ponadto, na podróżnego czekają rozliczne atrakcje w postaci wesołej i skocznej techniawy, błysków, śpiewów i śmiechów. Ostatnio widziałam klauna.

Początkowo odrzuciłam myśl o rowerze. Teraz jednak, mimo iż widzę umartwione lub zamaskowane przed smogiem twarze cyklistów, kiełkuje we mnie potrzeba jazdy, głównie dlatego, że bycie pieszym to zagrożenie dla życia i zdrowia. W mojej dzielnicy nie ma świateł na przejściach dla pieszych, w centrum widziałam jakieś, ale i tak zazwyczaj stoi na nich policjant, który pilnuje, żeby się ludzie tam nie pozabijali. W mojej dzielnicy trzeba skakać między dziurami w jezdni a przejeżdżającymi pojazdami.

Taksówki zaś to osobny temat. Niby nie powinno się łapać w nieoznakowanych miejscach, ale cóż zrobić, kiedy na przykład pomylisz kierunki autobusu i wylądujesz W Dupie? Są mili, czasem będą zagajać, czasem spróbują cię orżnąć, ale z umiarkowanym przekonaniem (10 peso więcej, bo deszcz pada albo a to pani na samo lotnisko jedzie? Ja myślałem, że tam tylko na tę drogę wylotową… To 40 pesos więcej w takim razie!) i dosyć łatwo rezygnują z tych planów. Zdecydowanie niemiłe natomiast były spotkania z tymi zaparkowanymi dyskretnie na poboczu taksówkami. W obu przypadkach podeszłam do szyby i odeszłam szybko, bo panowie zajęci byli bardziej swoimi wydzielinami, które spływały do kubeczka po kawie.

Jedzenie

Przejdźmy jednak do sedna. Ja już jeżdżę do Hiszpanii tylko po to, żeby się najeść – mawiała znana iberystka, i ja ją dobrze rozumiem. Podróżnik do Meksyku nie poczuje się zawiedziony. Przede wszystkim ilością. Meksyk pachnie/śmierdzi (niepotrzebne skreślić) mięsem, skwierczy cebulą, płynie sokami owocowymi. Ci Meksykanie jedzą bez przerwy, Bułko! – skarży się moja współlokatorka w kwiecie wieku, zatykając nos. Mnie to nie razi. Chodzę rozanielona po ulicach pełnych straganów, na skrzyżowaniach tacos, przy wyjściach z metra chrupki, bułki, sałatki, galaretki w podejrzanych pudełkach, kukurydza i tysiące dóbr, wzruszających, uśmiechających się zjedz mnie!, których nazw nie znam. Czuję się jak w dniach splendoru Hali Banacha, tylko że tu Hala Banacha rozciąga się na cały dwudziestomilionowy Meksyk. Celebracja jedzenia. Żucie kanapki na ulicy, w metrze, w autobusie. Woń cebuli i mięsiwa, którą zalatuje współpasażer. Czipsy zapijane sokiem z mango. Resztki tacos chowane do pudełeczka, zanim wkroczy się do biblioteki. To wszystko takie nasze! Rodzinne! Tylko, że tu nie jest to wstydliwie zamiatanym pod dywan brakiem dobrego wychowania. Bułczany Raj.

ZJEDZ MNIE

ZJEDZ MNIE

CHRUPEK DUPEK

chrupek dupek

Jeśli chodzi o bardziej praktyczne porady, warto skonsultować wujka google’a zanim pójdziecie do restauracji, nawet, jeśli znacie hiszpański (a może zwłaszcza wtedy), bo wiele potraw jest autochtonicznych i zupełnie poza Ameryką nieznanych. A zresztą, nawet zwykłe warzywa, jak na przykład pomidor, są w stanie przybrać nieoczekiwane kształty i rozmiary. Podczas wizyty w Templo Mayor wyczytałam, że podstawą diety prekolumbijskiej była kukurydza, dynia, awokado i mango, a poza tym to mięso. I tak już im zostało, a mnie to bardzo cieszy. No i oczywiście, oczywiście nie należy zapominać o sosach, które są albo pikantne i zielone, albo pikantne i czerwone, widziałam też pikantne i żółte. Jest też jeden słodki w odcieniu ciemnej czerwieni, ale nie trafiłam na niego jeszcze. Podejrzewam, że to właśnie one chronią mnie przed straszliwą zemstą Montezumy, która spada na wszelakich konkwistadorów.

W następnym odcinku o atrakcjach miejskich.

Related Post