Dużo słychać o milionach Polek i Polaków wyjeżdżających “za pracą”. Mniej słychać, mamy wrażenie, o tych z nas, którzy zdecydowali się na powrót. Może dlatego, że nasza grupa jest nieliczna. Ale wracamy. Czasem są to powroty dłuższe, częściej krótsze, na święta, na wakacje.

Z każdym rokiem coraz mniej poznajemy nasze miasto.

Zdarza nam się nawet poczuć całkiem obco w naszych zrewitalizowanych dzielnicach. Chciałybyśmy więc pokazać, w formie krótkich „pocztówek”, jak scenerie, w których się wychowałyśmy, stają się nam nagle nieznane.

Chodzimy na spacery, czasem wirtualne, po dawnych ścieżkach i często nie znajdujemy już fizycznych lokalizacji naszych dzięcięcych wspomnień. Ale czy nie na tym polega właśnie magia Warszawy? Jeśli w skali makro wiele z najważniejszych zabytków w historii naszego miasta odznacza się tym, że nie istnieje, to ta sama zasada powinna działać także w skali mikro, w skali naszych indywidualnych małych Warszaw z dzieciństwa i nastolęctwa.

Powiśle

Jestem jedną z tych, która wyjechała z Polski nie za pracą, a za wykształceniem. Po jedenastu latach nieobecności wróciłam do Warszawy nie dlatego, że chciałam – wróciłam “za pracą”. Serio.

Do przedszkola chodziłam na Drewnianą, kiedy jeszcze pachniała cukierkami. Do podstawówki też, osiem klas, bo gimnazjum nie było. BUWu też nie było, ale za to było mnóstwo opuszczonych budynków, dostarczających najlepszej scenerii do zabaw okolicznych dzieciaków, nieodmiennie kończonych przez zrezygnowanego ciecia z wymiętoszonym owczarkiem.

Dla “prawdziwych” Warszawiaków to żadna nowina, że na niegdyś zielonym terenie szkoły i przedszkola na Drewnianej (swoją drogą przedszkole dostało kiedyś za tę zieloność jakąś nagrodę od prezydenta miasta) stoją teraz ohydne bloki zagranicznej produkcji. Luksusowe mieszkania na wynajem, dowiedziałam się z płachty przyczepionej do przedszkolengo płotu. Zresztą taka sytuacja istnieje nie tylko na Drewnianej.

Całe Powiśle, dawna dzielnica ubogich, pokryte jest “apartamentowcami” dla bogaczy.

O tak, w luksusie Powiśla można teraz pławić się do woli, ale ja się w nim najzwyczajniej w świecie zgubiłam. Znajome ulice są mi obce, a miejsca pełne młodzieńczych wspomnień zniknęły. Nie ma już górki, miejsca pierwszego pocałunku (Rafale z blizną na lewym policzku, pozdrawiam!), nie ma trzepaka na którym wisiało się godzinami, a z czasem także piło “wino” i “paliło” papierosy.

Moje powiślańskie zagubienie trwało minutę, góra dwie. Ale dziewczyna zapytana w tym czasie o drogę do stacji metra spojrzała na mnie z odrazą – co za obrzydliwy słoik ze mnie.

Alexa

Sielce

Był taki sklep mięsny na Sielcach, do którego chodziłam z mamą w każdą sobotę rano. Godzina w kolejce po schab bez kości na Podchorążych była naszym cotygodniowym rytuałem. Może to wcale nie była godzina, może to było raptem kilka minut.

Ja byłam mała, a wiadomo, że kiedy jest się małym, wszystko dookoła wydaje się ogromne, czas też.

Sklepu mięsnego już nie ma, w jego miejscu jest dziś bank. Nie ma wypożyczalni kaset wideo, nie ma zielonych zaułków, gdzie zbierałam kasztany i bawiłam się w chowanego. Nie ma baraku z chemią gospodarstwa domowego, jest za to elegancki salon z winem, bo wielki świat zawitał tu, gdzie kiedyś siał terror mój sąsiad, Szalony Marian. Nie ma też księgarni Uniwersus, którą w dzieciństwie podziwiałam jako szczyt osiągnięć architektonicznych. Zamiast książek jest bank. Namnożyło się tych banków. Jak mrówków.

Na spacer do Łazienek można iść nadal, choć może kiedyś zabraknie drzew do wycinki w Puszczy Białowieskiej i władze wezmą się też za ogród Króla Stasia. 

O dziwo, nadal stoi też mój podwórkowy trzepak. O dziwo, bo czy ktokolwiek jeszcze korzysta z trzepaków?

Trzepak stoi obok śmietnika. Śmietnik chyba nowy i wygląda, jakby mniej śmierdział i jakby nie gnieździł się w nim ani jeden bezdomny kot, wpadam więc w szok i mam totalny dysonans poznawczy. Ten blok, w którym się wychowałam, jest świeżo pomalowany! Czy to aby na pewno moje osiedle? Może zabłądziłam, może mi się pomyliło.

Nagle moją uwagę przykuwa popękana płyta chodnikowa, spomiędzy jej szpar wyrastają pojedyncze źdźbła trawy. Szary chodnik, ostatni bastion obrony Sielc przed inwazją wielkiego świata. Przyglądam się też praniu suszącemu się na balkonie. Kolory i styl aranżacji ubrań jak za dawnych lat, co oznacza, że sąsiedzi wciąż ci sami. Szalony Marian nadal szaleje po podwórku.

Marianna

Szczęśliwice

Ze Szczęśliwic wyjechałam, gdy po polach kapusty i górkach przy Merze zostało już raczej wspomnienie, a Centrum Handlowe Reduta dopiero zaczynało przypominać, że w sumie do Jerozolimskich nie jest tak daleko i że nie żyjemy na końcu świata.

Okoliczne dresy zaczynały nowe życie, idąc do pierwszej pracy, po raz pierwszy do pierdla albo na pierwszy detoks.

Wyjechałam, ale przecież wracałam tam co roku w odwiedziny. Zastanawiałam się, jak będzie rozwijać się dzielnica, której nie kochałam tak bardzo, bo przecież nic tam się nie działo i po nastoletnie doznania trzeba było jeździć na Pola Mokotowskie. Trochę też niepokoiłam tym, co zastanę, bo przecież to dzielnica, gdzie przyjaźni i otwarci mieszkańcy szybciutko wyznaczyli niewidzialną granicę między blokami tracącymi już swoją biel a Żółtym Osiedlem, nazywanym tak wcale nie tylko ze względu na kolor fasady.

Melduję więc, że uczucia mam dwoiste. Z jednej strony Szczęśliwice i cała Ochota wpisują się w trend miasta przyjaznego mieszkańcom, wszędzie można dojechać na rowerze, i to po ścieżce, park taki nagle elegancki, teatr Ochota zastąpił lepiej brzmiący Och!Teatr, okolice placu Narutowicza obrosły w bary, wysokie standardy mierzy się w liczbie suszi barów i sklepów ze zdrową żywnością. Ludzie też jakby piękniejsi.

A z drugiej strony, ta piękna nadbudowa nie skrywa dawnych Szczęśliwic i Ochoty z lat dziewięćdziesiątych. Panowie dresiarze w dalszym ciągu kryją się w zakamarkach podwórek, choć teraz raczej mówią mi dzień dobry.

Sława Żółtego Osiedla wybiegła poza dzielnicę i opanowała całe miasto, tak jakby nie było w tej nazwie nic obraźliwego.

To także dzielnica, gdzie przed pierwszym w Warszawie meczetem z prawdziwego zdarzenia ktoś w ramach protestu nabazgrał zadziwiające doprawdy grafitti Islamy na Islandię. Szczęśliwice, dzielnica poetów.

Bułka

Służew i Warszawa nieznana

Do Warszawy wracam na dłużej po pięciu latach emigracji. Bawi mnie, że „wracam” i „z emigracji”. Wyobrażam sobie cały rząd Polaków: powstańca listopadowego w Avignonie, obok niego stoi jakiś Mojsze z żoną i dziećmi szczęśliwie wysłany na Ellis Island, dalej polska rodzina szukająca lepszego losu w brazylijskiej dżungli, sybiracy, Gombrowicz, cały polski rząd na uchodźstwie, pani z Jerozolimy, która od ’68 rzadko kiedy miała okazję mówić po polsku, Giedroyc, budowlaniec z Niemiec i młoda katolicka rodzina, która wybrała tańszy dom w protestanckiej części Belfastu, a na końcu stoję ja. Taka historyczno-narodowa wersja Awkward Family Photos.

W tym naszym ponowoczesnym świecie, w tej Unii i globalizacji, pięć lat spędzonych całkowicie dobrowolnie zaledwie trzy tysiące kilometrów stąd to jakbym w ogóle nie wyjechała.

A jednak wracając czuję się, jakbym była w innym miejscu. Po pierwsze, Warszawa i Polska w ogóle zmieniają się tak szybko, że nawet pięcioletnia nieobecność robi ze mnie trochę cudzoziemkę. Po drugie, gdy myślę o Warszawie sprzed emigracji, mam przed oczami jak na fast forward ponad dwadzieścia lat mojej osobistej Bildungsroman w tym mieście.

Moja dawna dzielnica, Służew, w przeciągu ostatniej dekady ledwo co się zmieniła. Bloki ocieplono i otynkowano jeszcze za mojej bytności. Szpital Damiana i C.H. Land stoją nadal dumnie jako lokalne pamiątki po raczkującym kapitalizmie. Dolinka Służewiecka nad rzeką Smródką pozostaje ku mojej radości nadal niezabudowana, jedyna zmiana to że zamiast ogródków piwnych, gdzie nie trzeba było okazywać dowodu, stoi teraz piękny Służewski Dom Kultury, gdzie można nakarmić kozy, uprawiać warzywa i poczuć się prawie jak w Szwecji.

Ale dla mnie Warszawa nigdy nie sprowadzała się do jednej dzielnicy; była raczej zbiorem porozrzucanych po mapie miejsc, gdzie rozgrywało się nasze życie towarzyskie. I wiem, że na dobre i na złe, to se ne vrati.

Przechodząc Powiślem, wciąż ubolewam nad zamknięciem klubów na Dobrej, gdzie przecież nadal nic nowego nie wybudowano. Z przyjemnością otwieram wino na zatłoczonym nadwiślańskim bulwarze, gdzie jeszcze sześć lat temu reflektory radiowozu przerwały nam nagle urodzinowy piknik, ale funkcjonariuszy dało się udobruchać obietnicą, że posprzątamy i zapewnieniem, że nie posiadamy narkotyków. Patrząc na idiotycznie wielką flagę na dawnym Rondzie Babka wspominam lodowatą noc, kiedy gospodarze skłotu Fabryka pozwolili nam po koncercie spać pokotem u siebie na ziemi pod kaloryferem a na pożegnanie podarowali książki z biblioteczki. Próby w opuszczonych zakładach Fotonu, teraz zmienionych przez dewelopera w śmierdzącą dziurę, koncerty w nieistniejących już CDQ, Kotłach, Punkcie, Galerii OFF… Nie wspominając o Jarmarku Europa i wielkim bazarze na Placu Defilad, gdzie jeździliśmy po koszuki, dżinsy i kasety. Gdy sobie przypominam, jak wyglądało nasze życie zanim Plan B był nawet w planach, czuję, że wracam do zupełnie innego miasta.

Jagoda


Tekst ukazał się w nieco zmienionej formie na łamach subiektywnego blogu o Warszawie Pańska Skórka, gdzie otrzymał wyróżnienie w  #Eleganckim konkursie warszawskim w kategorii „Nieznane miasto”.

Related Post