Wydaje mi się, że życie na emigracji krzepnie dopiero wtedy, kiedy przestajesz jedynie na niej być, i zaczynasz też mieć. Kiedy coraz ciężej przeprowadzić się z jednego mieszkania do drugiego, bo stół. Kiedy rzadziej przyjeżdżasz do kraju, bo przecież te koty. A przynajmniej krewni i znajomi zaczynają to dostrzegać właśnie w tym momencie.

Przez długi czas tylko byłam na emigracji, nie posiadając nic poza symbolicznym kubeczkiem. Kubeczek oznaczał minimalną stabilizację w studenckich czasach szczupłego portfela i niewielkich wymagań. Pewnie dlatego tak bardzo wstrząsnął mną Diogenes Cynik, o którym pisała Mar w swoim tekście na temat ubóstwa. Stłukł swój jedyny kubeczek, najintymniejszy dobytek! Postanowiłam napisać więc o swoich emigranckich przeżyciach związanych z posiadaniem rzeczy, z osiadaniem, i o tym, jak moje marzenia o stabilizacji przybierały coraz to śmielsze, drewniane kształty. Czyli o tym, jak poza byciem, zaczęłam też mieć.

Hejże ha!

Na początku stabilizacja nie była mi w głowie. Hejże ha! Przygoda! Niedawno w ogóle przypomniałam sobie, że moje życie w Hiszpanii rozpoczęłam od rozdysponowania swego bagażu po przyjaciołach, którzy emigrowali wraz ze mną, bo sama wolałam nie zamartwiać się takimi bzdetami jak przeprowadzka i wybiłam na pieszą wycieczkę po Camino de Santiago. Z trzema parami majtek, trzema koszulkami i metalowym kubeczkiem właśnie. Natomiast cały mój bagaż, który po prawdzie składał się głównie z książek, został wsadzony w „Głupka”: duży, biały samochód, który jakoś tam przejechał z Polski do Hiszpanii ze złotą mądrością Dalajlamy w bagażniku. Wierzyłam wtedy jeszcze, że będzie mi się chciało targać za sobą książki przy każdej przeprowadzce.

Samochód ekspedycyjny, za Wikimedia Commons

A potem pierwsze, dzielone z przyjaciółmi mieszkanie, które też było niezwykle swawolne. Kiedy dowiedzieliśmy się, że nasze stypendium jest pięciokrotnie mniejsze niż oczekiwaliśmy, i że starczy każdemu z nas na cztery miesiące wynajęcia zgniłego pokoju, jeśli oczywiście nie będziemy jeść, zaczęliśmy oszczędzać.

Jak łatwo się wtedy oszczędzało! Zu zrobiła mi na przykład piękną półkę na książki ze znalezionych na śmietniku skrzynek. Ale byłyśmy dumne!

Nie kupiliśmy absolutnie nic do mieszkania (Poza Alexą! Alexa miała kapę na łóżko!) i jakoś tam żyliśmy, razem, na kupie, wśród nadżartych wilgocią stołów i zagrzybiałych kanap. I było pięknie.

Od przybytku głowa boli

Czasy studiów to okres nieustannych przeprowadzek. Chyba tylko w jednym mieszkaniu byłam dłużej niż rok, a najczęściej tylko przez 10 miesięcy (kogo stać na opłacanie pustego pokoju?), więc ciąganie ze sobą majdanu i upychanie go po znajomych było wyjątkowo upierdliwą koniecznością. Dlatego też nie miałam właściwie nic. Wynajęte mieszkanie musiało mieć absolutnie wszystko, z talerzami włącznie, bo nie warto przecież marnować na to kasy. Z pewną niechęcią kupowałam jednak ręcznik i pościel – wiadomo, higiena. I ten nieszczęsny kubeczek, zdaje się, że to w nim krystalizował się mój gust dekoracji wnętrz. Od maja zaś największą zmorą było zastanawianie się, gdzie w tym roku spędzą wakacje moje bambetle. Bo na mnie  nieodmiennie czekała rodzina w Polsce, nawet jeśli miałam jakieś inne plany.

Głowa bolała też moją ówczesną teściową, osobę wielce neurotyczną, pokonującą codzienne półmaratony między dwoma piętrami swego mieszkania w pogoni za perfekcyjnym porządkiem Po paru latach poważnego związku i wyręczaniu się znajomymi stwierdziłam, że przecież mogę spróbować stać się częścią rodziny i zwieźć tam parę pudeł. No, najwyżej osiem! Kiedy w końcu stawiłam się na miejscu, powiało taką neurozą (Ile! Co! Gdzie! Jak my to wszystko zmieścimy? Mimimimimimimi!), że haniebnie skłamałam i zostawiłam większość rzeczy w zaparkowanym nieopodal samochodzie. Wnosiłam je potem po zmroku do schowka pod schodami, bo oczywiście miejsca było nieskończenie dużo (o hiszpańskim pojmowaniu przestrzeni życiowej możesz przeczytać u Marianny)

Dobytek był więc problemem.

Starałam się wtedy kupować rzeczy tak złej jakości, żeby można je było bez żalu wyrzucić na śmietnik po dziesięciu miesiącach użytkowania. Ale i tak, chcąc nie chcąc, obrastałam w piórka. Kiedy teraz zastanawiam się, dlaczego to właściwie był problem, dochodzę do wniosku, że ciążyło na mnie przekonanie, że moje mieszkanie i moja migracja jest przecież tylko czymś tymczasowym, więc nie warto w nią inwestować. Że nie wiadomo, gdzie będę jutro, więc po co gromadzić.

Pokusa

Pokusa miała na imię Laura, pochodziła z Kolumbii i przyjechała do Hiszpanii na prawdziwe, nieoszukane stypendium. Wynajęła na wpół umeblowaną kawalerkę i – rzecz niepojęta w studenckim życiu! – kupowała do niej meble. Mniejsza już o elektryczny czajnik, o kubeczki. Laura kupiła fotel, prawdziwy i dobry fotel biurowy! Wstawiła regał i jej książki nie walały się po podłodze lub w starych skrzynkach. Przede wszystkim jednak inwestowała w estetyczne pierdółki.

Z ówczesnej perspektywy zakup czegokolwiek, co nie było absolutnie niezbędne (albo nie było książką, na książki zawsze było miejsce), wydawało mi się odległe, fascynujące… I nagle stało się również pożądane. Zapragnęłam mieć dom. Zapragnęłam mieć. Cokolwiek. Mieszkanie, którego nie porzucę po 10 miesiącach. Ciepłe mieszkanie, z którego nie ucieknę po zimie. Kubeczki. Własne biurko. Ładny, podkreślam to słowo, stół z IKEI. Zapragnęłam, mimo braku jakiejkolwiek stabilizacji życiowej, mieć kąt.

Od małego dobrobytu do rozwydrzenia

Okazja do stabilizacji wydarzyła się, kiedy dostałam stypendium w stolicy. Stypendium długie, bo czteroletnie. Wiedziałam, że kiedy je skończę, będę już mieszkać w Hiszpanii ponad dekadę. To zobowiązująca liczba. Moje połechtane pokusą ego stwierdziło więc, że dom teraz.

Ale nie obyło się bez przeszkód. Najpierw trzeba było do tej stolicy dojechać. W nieznanym sobie zrywie czułości względem mojego nędznego dobytku, stwierdziłam, że z południa zabiorę wszystko. Wynajęliśmy najtańszy samochód, nakłoniłam jakiegoś znajomego na szaleńczą podróż do Madrytu z wyładowanym po brzegi cinquecento. Mój południowy kot też z nami jechał i to również było oznaką stabilizacji.

Daniel Mróz, ilustracja do opowiadania "Słoń" S. Mrożka

Daniel Mróz, ilustracja do opowiadania „Słoń” S. Mrożka

Oszczędzę szczegółów odnośnie zdobywania stypendium w Hiszpanii. Myślę, że jest to temat na oddzielny, długi i żałosny post. Wspomnę tylko, że trwało to długo, bardzo długo, w tym czasie zmieniłam parę razy mieszkanie, powoli dokupując rzeczy (bo przecież w końcu będę na swoim!). Czekałam. Wiadomość o stypendium zastała mnie pomieszkującą kątem u salwadorskiej rodziny. Wykorzystałam fakt, że IKEA była w pobliżu i kupiłam jeszcze najtańsze biureczko. Tego już przecież nie przewiozę cincquecento – stwierdziłam, i zamówiłam, uwaga, usługi przeprowadzki.

Pan, który mnie przeprowadzał, prawdopodobnie powstrzymywał śmiech przez całą drogę na Zadupie, gdzie zdecydowałam się osiedlić.

Przeprowadzkowa furgonetka była wypełniona zapewne w jednej dwudziestej. Gdzieś w głębinach bagażnika jaśniał blat biureczka z IKEI i walały się dwie czy trzy smutne walizki. Kierowca był chyba głęboko wzruszony moim nędznym dobytkiem, bo wniósł mi go gratis. Zrozumiałam wtedy, że te pierwsze zakupy, moje wypieki na twarzy, w oczach prawdziwego i stabilnego świata były egzaltacją podlotka, i że posiadanie dwóch tanich biurek z IKEI i pudeł pełnych książek to tyle co nic.

Być i mieć

Zdecydowałam się więc na stabilizację. Uczucie to złudne, bo prawdopodobnie niedługo znów będę się gdzieś przeprowadzać, ale pociągnęło za sobą różne konsekwencje. Uznałam, że warto mieć dom na dłużej. Nie walam się po znajomych, przeciwnie, sama zaczęłam przyjmować nieśmiałe kartony tych, co nie osiedlili się jeszcze. Zapoznałam się bliżej z ofertą IKEI; na początku chodziłam tam z podobnym entuzjazmem co moi rodzice, którzy na początku lat dziewięćdziesiątych zabierali mnie z bratem na spacery w krainę kuchni i sypialni i marzyli o urządzeniu pokoju.  Wynajmuję teraz mieszkanie bez mebli.

Gdyby ktoś powiedział mi kiedyś, że będę sama montować łóżko i pieszczotliwie przecierać stół TORNSTRAD czy inny INGATORP, wyśmiałabym go.

Ale rośnie we mnie przywiązanie. I nie jest to przywiązanie do mebli, nie jest to przywiązanie do mojej własności, bo zaraz pewnie i tak trzeba będzie to sprzedać i się gdzieś wynieść. Mam wrażenie, że dzięki obecnemu mieszkaniu, które nie jest zgniłe i paskudne, rośnie we mnie poczucie stabilizacji, przywiązanie do mojego obecnego stanu, pogodzenie się z moją emigracją. Mam dom. Jestem w domu.

Related Post