Siedzę sobie u fryzjera.  A trzeba wam, drodzy czytelnicy, wiedzieć, że fryzjer to nie byle jaki. W obitych złotawą, połyskliwą skórą fotelach odbijają się kryształowe lampy, ze ścian dumnie spoglądają na klientelę dyplomy z największych fryzjerskich imprez świata. Zresztą nie siedzę sobie ot tak, na fryzjerskiej sali. To miejsce nazywa się Studio Koloru. To fryzjerskie wyższe sfery, gdzie błogostanu nie zakłóca dźwięk suszarek i brzęk zmienianych nożyczek. Tu tworzy się palety barw i relaksuje. Słychać jedynie rozmowy i snujący się z głośników smooth jazz w uproszczonej, relaksacyjnej wersji. Na marmurowych blacikach obok foteli kawy i dietetyczne ciasteczka w hipsterskich opakowaniach.

Zatem siedzę. Ja i przedstawicielki wyższych warstw społecznych (a już na pewno finansowych) naszego dostojnego kraju. Panie w różnym wieku, ale jednakowo zadbane, eleganckie i dopracowane. Kobiety sukcesu – myślę sobie – panie, które mają czas i pieniądze, żeby co dwa tygodnie odbywać rytuał malowania tzw. odrostu w atmosferze luksusu.

No ale zbliżają się Święta. Bóg się przecież zaraz rodzi, moc truchleje, bieżą wszyscy do Betlejem. O tym właśnie rozmawia się dziś w Studio Koloru. Słucham i uszom nie wierzę.

Otóż te nieskazitelne damy dźwigają na swych eleganckich barkach cały ciężar Świąt. Planują Wigilię, robią zakupy, szukają karpi, lepią pierogi i uszka na barszcz, biegają po sklepach w poszukiwaniu prezentów dla całej rodziny, a następnie je pakują, organizują logistykę, dekorują domy i mieszkania, piszą i wysyłają świąteczne kartki.

Z pomocą mam, córek, teściowych. Z poczuciem misji i obowiązku. Przejęte i zestresowane. Łatwo wszak nie jest. Święta Świętami, ale trzeba jeszcze zająć się wnukami, wozić dzieci na angielskie i gimnastyki i dopilnować remontów, zanim budowlańcy porzucą pracę, by oddać się świętowaniu.

W sanktuarium koloru byłam około godziny. Czekałam na jakąś okołoświąteczną opowieść, w której bohaterami byliby (też) panowie. Nie doczekałam się. Tylko pani od remontu wspominała co jakiś czas swojego małżonka, który „owszem, pomaga, ale kompletnie nie umie tych robotników dopilnować” i w ogóle taki „bez inicjatywy”, więc jej już łatwiej zająć się tym wszystkim samej.

Siłaczki. Familijne kulturystki. Matki Polki. Od pokoleń, na każdej społecznej półce, na wieki wieków. Amen.


Gori Patata

Lekko nadwrażliwa dusza owładnięta obsesją korzystania z życia. Chciała być strażakiem, kierowcą rajdowym i perkusistką, a została lingwistką. Wychowana między małopolskimi pagórkami i górami, uciekła ku palmom i Pirenejom i tak już zostało. Lubi śnieg, czarny humor i czarną muzykę. W wolnych chwilach martwi się losami świata i objada owocami. Motto: Robić swoje.


Related Post