…czyli o satelitarności kobiet

Moi mili, mam problem. To jest ewidentnie problem pierwszego świata, ale jednocześnie jest echem problemów całego świata, albo przynajmniej tak mi się wydaje.

Taka sytuacja: fiestas de Gracia, czyli trwające tydzień bachanalia w bohemiarskiej dzielnicy Barcelony. Mój chłopak i ja napotykamy na ulicy grupę znajomych. Są weseli, oczy im błyszczą, tulą się do siebie wszyscy z czułością wywołaną alkoholową ambrozją i magicznym pyłem MDMA. Jest wśród nich taki Irlandczyk, którego pamiętam z kolacji u przyjaciół: przy stole nad winem zagadaliśmy się dłuższą chwilę o podróżach i o Polsce, do której ów przemiły człowiek miał się niedługo wybierać.

Irlandczyk, jak się okazuje, też mnie pamięta, wymieniamy uprzejmości, podaje rękę mojemu chłopakowi, a tymczasem cała wesoła gromada idzie dalej w uliczne zabawy. Oglądamy koncert, pijemy, tańczymy i rozpraszamy się w tłumie, aby po chwili znowu odnaleźć się całą grupą w kręgu, gdzie Irlandczyk wyciąga torebeczkę z magicznym pyłem i po kolei proponuje każdemu z obecnych, aby unurzali w niej swój palec i znowu przenieśli się do szczęśliwej krainy. Gdy nadchodzi kolej mojego chłopaka, ten grzecznie odmawia, a następna stoję ja, potwierdzam swoją obecność na zgromadzeniu patrzeniem szczodremu Irlandczykowi w twarz, ale nagle dzieje się coś niezwykłego, co zupełnie zbija mnie z pantałyku!

Otóż nasz Święty Mikołaj ze swoim malusieńkim woreczkiem prezentów zupełnie jakby mnie nie widział, jakby na czubku mojej głowy nagle wylądowała czapka niewidka, jakbym stała się zupełnie przypadkowym gapiem, który chce się na wariata załapać na darmowy frykas, omija mnie wzrokiem oraz gestem i kieruje swoją propozycję do kolejnej osoby.

Moja natychmiastowa myśl to Acha, mój właściciel nie chciał, zatem logiczne jest, że ja też nie będę chciała, mało tego, może w ogóle nikt tu nie czeka na moje „tak, poproszę/nie, dziękuję”, tylko decyzja została już podjęta, jednogłośnie, bo, mimo że jest nas dwoje: mój chłopak i ja, i wydawało mi się, że nie jesteśmy syjamsko ze sobą zrośnięci, łatwo odróżnić, że tu jedna osoba, a tu druga, nie dwugłowy potwór jakiś, to jednak jesteśmy jednością: mężczyzna i jego satelita, pan i suczka jego, a wiadomo, że pan wie lepiej, co dla suczki dobre, czy mogę pieskowi dać kiełbaski, czy nie, niech pan mi powie.

Ja się nie czepiam. Ja rozumiem, że Irlandczyk był naćpany. Ale nie na tyle, żeby zupełnie stracić kontakt z rzeczywistością. On był raczej naćpany w taki sposób, że jego natura przejęła kontrolę nad kulturą i moim oczom ukazały się patriarchalne instynkty wprost z sawanny.

Nie widział Paco, Asi i Eda, tylko żyrafę, zebrę i lwa, w dodatku o wyraźnych pierwszorzędnych cechach płciowych, co sprawiło, że jego instynkt samozachowawczy nakazał mu zwrócić się do lwa alfa, a zupełnie pominąć lwicę. Jak lew zje wątróbkę z tej małej, białej torebki, to wtedy samica mogłaby ewentualnie podpełznąć i poprosić o kawałek kości. Ale ponieważ samiec wzgardził tą zdobyczą, o opinię samicy nawet nie pofatygowano się zapytać.

Inteligentny czytelnik już o tym wie, ale na wszelki wypadek doprecyzuję: nie chodzi o to, że chciałam się naćpać (nie chciałam). Równie dobrze mogły to być landrynki (nie lubię). Albo super śmieszny gif z kotem pokazywany na smartfonie (to bym chętnie obejrzała). Chodzi o to, że nie dano mi nawet szansy, żeby się naćpać! Tym z pozoru drobnym gestem odebrano mi podmiotowość i prawo do decydowania o sobie. Skądinąd przesympatyczny Irlandczyk nieświadomie cofnął nas do czasów, gdy kobieta była własnością męża, a nie oddzielnym, pełnoprawnym obywatelem. Zaraz, zaraz… Może takie odruchy to po prostu naturalna konsekwencja wychowania w katolickim kraju?

 

Related Post