Kwestionariuszu Jajnika opisuję miłość w trzech słowach: nieznośna lekkość bytu. Jednak te trzy słowa na trzech różnych etapach mojego życia cokolwiek inny miały wydźwięk.

Etap I – miłostki

Kochliwość wpisaną mam w kod genetyczny. Pierwszego poważnego chłopaka nabyłam drogą wspólnego grania w koszykówkę w wieku 15 lat, ku przerażeniu moich rodziców, którzy wtedy zdawali się uważać, że jakiekolwiek niedozwolone stosunki między nami mogłyby nastąpić jedynie po godzinie 8 wieczór. Dlatego też zawsze o tej godzinie musiałam stawiać się w domu. Moje miłostki zazwyczaj nie były krótkotrwałe – gdzieś po 1,5-2 latach zaczynałam się trochę nudzić, co często korespondowało z pojawieniem się ciekawszego egzemplarza na horyzoncie i płynnym przejściem z jednego związku w drugi.

Te związki dużo mnie nauczyły o sobie samej, o moich wymaganiach co do drugiej osoby, o tym co mogę dać od siebie, na co się godzę, a co mi nie po drodze…

Nie wiem, na ile miały one coś wspólnego z miłością w moim teraźniejszym jej rozumieniu, ale na pewno przyczyniły się do zbudowania uczuciowej frazeologii i bardziej świadomego budowania tego właśnie zrozumienia. Miłość według mnie to też umiejętność, którą się zdobywa i poznaje…

Etap II – od pierwszego wejrzenia

…Zdobywa się, poznaje… i chuj. I przychodzi taki moment, że nic z tego, co o sobie wiedziałam, czego się nauczyłam, co krzyczało świadomymi porami mojej szarej podczaszkowej materii: „nie-nie-nie!” – nic z tego nie pomogło. Na środku parkietu, w nowo zamieszkałym kraju i stolicy, pod wpływem kilku drinków zaczynam się całować z – eureka! – tym jedynym! Nie znam jeszcze jego imienia, nie wiem, jakiej jest narodowości ani ile ma lat – ale przez wszystkie otumanione komórki mózgowe przepływa ta sama myśl – to on, na niego czekałam. Mimo że systemy alarmowe mojego organizmu przez kolejnych parę miesięcy wiele razy dają o sobie znać (kiedy on nie może zapamiętać mojego imienia, kiedy wystawia mnie raz po raz, kiedy jak trusia dostosowuję się do każdego jego życzenia… Jak trusia?! Ja?! Paaaanie!), brnę w ten związek na całego. Jestem zakochana do cna, do ostatniej zakażonej tym uczuciem komórki mojego ciała i umysłu, które powoli ulegają nawet nie symbiozie z moim nowym partnerem, ale padają ofiarą pasożytniczego układu (jak to parę lat później nazwie mój psychoterapeuta: codependent relationship).

Mam wrażenie, że moja miłość nie ma granic, jednocześnie ja jako osoba zanikam. Zatracam moją tożsamość, ewoluuję w Polkę idealną, oddałabym mu wszystko, porzuciła wszelkie moje ideały i marzenia, byleby tylko zadowolić Najjaśniejszego. Czyż nie na tym polega miłość prawdziwa?

Od jego mamy (fajnej babki zresztą) słyszę nie raz, że w życiu tylko jedną się spotyka osobę nam pisaną. (Gdybym była w normalnym stanie umysłowym, może roześmiałabym się jej w twarz choć raz… ale nie byłam).

W końcu coś pęka, bynajmniej nie buntowniczo i świadomie. Raczej autodestrukcyjnie, powoli, nie całkiem jasno. Coś się zmienia, ale nie mam dość siły, żeby to uciąć i uwolnić się szybko i skutecznie. Męczę się przez rok, kończę na antydepresantach, ale jakoś z tego wychodzę, udaje mi się uwolnić, powoli leczę umysł, serce i jeszcze niższe niż zwykle poczucie własnej wartości z pomocą terapii, leków i nieskończoną pomocą moich bliskich i takiego jednego przyjaciela…

Etap III – czy to miłość czy to przyjaźń

Etap trzeci uczy mnie nadal, że miłość to tak naprawdę bardzo rozbudowana przyjaźń. Taka najlepsza. Zbudowana na wzajemnym szacunku i wzajemnym zaufaniu. Na zrozumieniu – przed wszystkim innym i po wszystkim innym. Na trosce i czułości, ale nie tych tłamsząco-duszących, tylko tych budujących. Na obustronnej próbie wyjścia poza skorupkę egoizmu, codziennego, najnormalniejszego.

Ta próba nie zawsze się udaje i nigdy się nie kończy, ale świadomość próbowania jest taka budująca!

Na wzajemnym poleganiu i oparciu, nie tym, o które trzeba prosić, tylko tym, które jest, było i będzie. Całkiem bezwarunkowo. Na pracy, nieustającym obopólnym dążeniu do tego, żeby nie tracąc siebie, dawać z siebie. Stwarzać przestrzeń, ale nie swoim kosztem. Na osiąganiu kompromisów przez duże K i byciu asertywnym przez złote A. Na cichej, spokojnej, niezachwianej świadomości, że we dwójkę jest lepiej i w tej akurat a nie innej dwójce chce się trwać. W moim przypadku ta miłość z trzeciego etapu po raz pierwszy w moim życiu rośnie z upływem czasu. Zmienia się, bo jak każdy ziemski byt podatna jest na działanie czasu, ale nie niknie, nie ucieka, nie kaprysi. Współżyje ze mną. Po prostu jest.

Post Scriptum

Wkrótce po napisaniu powyższego tekstu dopadł mnie pierwszy skurcz. A teraz, 10 dni później, dopisuję ostatni akapit z małym człowiekiem permanentnie (a przynajmniej takie mam wrażenie) uczepionym któregoś z cyców aktualnie na miarę Pameli Anderson.

Nie do końca jestem w stanie ocenić, ile to ma wspólnego z buzującymi hormonami, ile z Darwinem, a ile z tym megalomańskim uczuciem, że stworzyliśmy żyjącą istotę, ale zdecydowanie jest to miłość.

Nie taka od pierwszego wejrzenia. (Pierwszemu mojemu spojrzeniu, które padło na moją córkę towarzyszyły raczej myśli na temat filmów dokumentalnych Davida Attenborough, ukazujących rodzące antylopy gnu na równinach Serengeti). Myślę, że będzie to miłość trudna – dzielenie się sobą nie-po-równo, wspólna odpowiedzialność, ale każda jednak trochę ważniejsza. Nowe warunki, jakich jeszcze w naszym wygodnickim życiu nie było. No i wiszące nade mną klątwy pokoleniowe. Nie, łatwo nie będzie. Ale czego się nie robi za jeden uśmiech…?


Yonie Zofia

Skądkolwiek wieje wiatr zawsze ma zapach Tatr. W tym wietrze rozpłynąć się i zniknąć – takie jej marzenie. Ale jako że do tej pory się ono nie spełniło, to rozpływa się w nadmiarze myśli, przydługawych dyskusjach, walce z perfekcjonizmem (zamiennie z dążeniem doń), niekończącej się nauce języków, obserwowaniu zbliżającego się zmierzchu cywilizacji i na koniec, dla świętego spokoju, znika w lekturze Agathy Christie.


Related Post