Już wspominałam o moim chłopaku. Tak się składa, że jest Hiszpanem. Albo Katalończykiem, jemu chyba jest wszystko jedno. Jego stosunek do własnej tożsamości narodowej najlepiej wyrażają wytatuowane pod szyją słowa Sans Patrie (bez ojczyzny). 

Mój chłopak jest piękny. Niewątpliwie wynika to z mieszanki genetycznej, z której go zrobiono. Południowa śniadość, zamiast włosów czarna szczotka, domieszka krwi arabskiej z Andaluzji – nie na darmo Maurowie siedzieli przez osiemset lat na Półwyspie Iberyjskim. 

Tytułem wstępu powinnam jeszcze dodać, że w wyniku bycia Hiszpanem mój chłopak mówi po hiszpańsku. Po polsku potrafi powiedzieć tylko „następny przystanek: Plac Konstytucji”, więc jak jesteśmy razem, to mówimy do siebie w narzeczu Cervantesa. Mówimy do siebie w tym języku niezależnie od tego, gdzie akurat się znajdujemy. 

Ale do rzeczy, bo ten post nie jest o moim chłopaku. Ten post jest o tym, jak wracaliśmy we dwoje metrem z imprezy sylwestrowej w Warszawie.

Zatem jest 1 stycznia 2017, może druga w nocy, wagon w kierunku Kabat dość pełen. Stoimy przy poręczy i gadamy. Ze trzy metry od nas siedzi niewielka grupka młodych chłopaków, ja wiem, może w wieku wczesnostudenckim.

Nie są to dresy. Nie są to ultrasi. Raczej nie są to narodowcy. Takie zwykłe chłopaki, co to nie muszą kraść ani pić. Chociaż ewidentnie popili, czego nie potępiam, popiliśmy bowiem i my oraz cała reszta wagonu, ba, całego składu.

Z panującego wokół harmideru i śmiechów słyszę nagle, jak jeden z nich krzyczy „Dziwka!”, gdzieś tak pi razy oko w moim kierunku. Słyszę, ale nie oglądam się, może tak se krzyczy, co mi do tego, więc stoję i dalej gadam. Znowu słyszę „Dziwkaaa!”, znowu tak jakby do mnie. Zachowuję spokój, ale mówię mojemu chłopakowi, że nie podobają mi się ci ludzie i żeby był czujny. Pociąg zbliża się do stacji, kolesie wstają, pierwszy podchodzi do drzwi i gwałtownie chwyta poręcz, której się trzymamy, jego ręka śmiga centymetry od mojej twarzy. Metro zatrzymuje się, drzwi się otwierają, koleś wychodzi, mocno potrącając barkiem mojego chłopaka, ten go odpycha, cała grupka ulatnia się. Jedziemy dalej.

Przez kolejny dzień zastanawiałam się, co się właściwie wydarzyło.

Przypomniałam sobie, jak 2016 rok przywitał nas w mieście Santa Cruz de la Sierra w Boliwii. Zarówno tam jak i w Meksyku, Kolumbii czy Brazylii pomieszkiwaliśmy z lokalsami i przebywaliśmy poza turystycznymi szlakami, gdzie nasz wygląd, akcent, a nawet zachowanie musiały rzucać się w oczy. Wcześniej spędziliśmy też trochę czasu na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie od gospodarzy usłyszeliśmy niejeden rasistowski komentarz, ale akurat nie pod naszym adresem. Podczas tej długiej podróży, w ciągu której odwiedziliśmy ponad dziesięć krajów, naszym głównym zmartwieniem było to, żeby nie dać się obrabować, zgwałcić, porwać lub zabić. Dzięki szczęściu i rozsądkowi udało nam się uniknąć każdej z tych rzeczy. 

W Peru ktoś wypomniał mojemu chłopakowi, że jest potomkiem konkwistadorów, ale skończyło się na ożywionej dyskusji na temat kolonializmu.

Raz tylko mieliśmy problem z powodu naszego wyglądu. Na prowincji w Kostaryce zatrzymała nas policja, zaalarmowana przez sąsiadów, którzy zobaczyli, że po ulicy chodzą jacyś obcy ludzie z tatuażami i obawiali się, że do miasteczka przyjechał gang. Wylegitymowano nas, zadzwoniono do centrali, stwierdzono, że jednak jesteśmy turystami, a nie członkami mary Salvatrucha, i do widzenia. 

Pomyślałam o tym, że mój chłopak z racji swojego zawodu odwiedził także wiele europejskich miast, gdzie nie spał w hotelach, nie zadawał się z ludźmi w garniturach i nie jeździł taksówkami, ale raczej przebywał blisko „ulicy”.

Nigdy nie doświadczył żadnego rodzaju agresji z powodu swojego wyglądu ani języka, jakiego używał. Ani tego, z kim rozmawiał.

Ja zresztą też nie. Musiałam w tym celu wrócić do swojego rodzinnego miasta.


Related Post