Wsi spokojna, wsi wesoła. Poszłam na wieś, wybrałam bowiem życie umiarem. Gdy Walencję zalała fala pijanych turystów, świętujących pogańską bądź co bądź w swej genezie równonoc wiosenną, ja uciekłam w poszukiwaniu ciszy i spokoju. Gdy pijani turyści i jeszcze bardziej pijani miejscowi zygzakiem przelewali się przez zatłoczone ulice, pokrzykując co i rusz we wszystkich językach świata, ja słuchałam ćwierkania ptaków. W końcu, jak na szanującą się socjopatkę przystało, mój stopień zadowolenia jest odwrotnie proporcjonalny do liczby ludzi na metr kwadratowy w moim otoczeniu.

To tu, w Maestrazgo, wśród pól malowanych migdałami, wyzłacanych pomarańczami, poczernianych oliwkami, czekałam na nadejście wiosny. To symboliczne, bo wiosna była tu już od dawna. Po najgorętszej od niepamiętnych czasów jesieni i właściwie nieobecnej zimie Pierwszy Dzień Wiosny był tylko formalnością. Nie znalazłam kwiatów migdałowca. Od tego globalnego ocieplenia świat oszalał i migdałowce kwitły w tym roku w styczniu. Ale znalazłam różne inne cuda. Oto, co słonko widziało.

Related Post